RECENZJE

Junior Boys
It's All True

2011, Domino 7.6

Zawsze zdumiewał mnie fakt, że większość recenzji Last Exit, legendarnego już debiutu Junior Boys, jako jeden z największych atutów albumu przywoływała jego brzmieniowy przepych i bogactwo, rozkoszując się wypełniającą płytę gamą wszędobylskich kliknięć i brzdęków. Nie powiem, że nie były te elektroniczne mikro-motywy warte aprobaty, bo przecież jakość cyfrowej instrumentalizacji krążka, przekornie intymnej i odhumanizowanej, nigdy nie pozostawiała wiele do życzenia. Sęk w tym, że dla mnie najistotniejszym elementem magii wczesnej muzyki JB był brak dźwięku, a nie jego wszechobecność. Już otwierający "More Than Real" zdradzał, że pełnoprawnym członkiem zespołu była w tamtym momencie studyjna pustka – przeszywająco zimna, zawzięta i wyrachowana, a przy tym zdolna otulić słuchacza aurą kameralnego, jesiennego nastroju.

Sami Junior Boys musieli uwierzyć krytykom, bo na kolejnych nagraniach duetu negatywnej przestrzeni było coraz mniej i mniej; zbiegła się ta przemiana również ze stopniowym upraszczaniem ich kompozycji – z poszatkowanej minimal-awangardy, słusznie porównywanej do podkładów Timbalanda czy UK garage, w drugiej połówce ubiegłej dekady podążyli Greenspan i Didemus drogą synth-popowego revivalu, heavy on the beat. Chociaż specyficzne szamańskie właściwości Last Exit zwykło się zwalać na Johnny'ego Darka, oryginalnego bitmejkera grupy, widać w tym momencie, że i bez niego potrafią Junior Boys wykrzesać z siebie wysublimowane piosenkopisarstwo – It's All True odwołuje się do najlepszych nagrań Kanadyjczyków, przywracając na chwilę rytmiczne skomplikowanie i umiejętność wykwintnego operowania przestrzenią.

Najlepiej świadczy o tym rozpoczynająca para wybornych utworów, "Itchy Fingers" i "Playtime". Rwąca i nieco schizofreniczna rytmika pierwszego przypomina o absolutnym bangerze "Bellony", podczas gdy pełna odosobnienia nastrojowość "Playtime" ewokuje senny klimat "Last Exit". Oba prądy integrują się w "You'll Improve Me", którego klasyczna miarowość kojarzy się jednak z bardziej konwencjonalnymi fragmentami So This Is Goodbye i Begone Dull Care; wraz z następującym "A Truly Happy Ending" tworzy on skondensowaną ściągę z brzmienia zespołu, jadącego na funku elektronicznego popu o ekscentrycznym zacięciu.

Tego typu kawałkiem jest też "ep", ale o kilka klas wyżej; z miejsca staje się też jednym z najlepszych utworów duetu. Subtelny podkład składający się z mirażu chaotycznego casio-dzwonienia i leciutkich klawiszowych muśnięć stanowi przeciwwagę dla kapitalnego spektaklu wokalnego R&B w wykonaniu Greenspana. Powtarzane wielokrotnie wariacje na temat "I love you so bad / I just wanna repeat it" niespodziewanie podnoszą tekst do rangi osi całego kawałka, a sam lider Junior Boys nigdy wcześniej nie brzmiał tak gorliwie i przekonująco. "ep" pozostawia po sobie tytaniczne wrażenie zdolne złagodzić nieporadność closera, "Banana Ripple", który jest jedynie przydługim pseudo-parkietowcem na house'owym bicie. Ale nie oczekujmy perfekcji – ważne, że Junior Boys zaczynają wreszcie uświadamiać sobie, co było i może być w ich muzyce najlepsze. A przy tym ekscytują swoją sztuką tak, jak zawsze tego od nich oczekiwaliśmy.

Patryk Mrozek    
16 sierpnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie