RECENZJE

Junior Boys
Birthday (EP)

2003, Kin 6.8

Junior Boys zaczynali jako duo czerpiące pełnymi garściami ze spuścizny popu początku lat 80-tych. W oparciu o syntetyczne brzmienia tamtego okresu, wzbogacali tekstury przebierając w nowinkach technicznych nieodmiennie będących pożywką fascynatów parających się elektroniką. Nic razem nie wydali (jako to się mówi, nikt nie chciał ich podpisać), więc trudno odnieść się do efektów tamtej pracy. I póki co nie wygląda, żeby mieli coś wspólnie nagrać, bo w tamtym okresie Johnny Dark przeprowadził się na drugi koniec Kanady, zostawiając biednego Jeremiego Greenspana z rozbudzonymi marzeniami i garstką pomysłów.

Utrata jednej osoby ze składu to ryzyko wiszące nad każdym zespołem. Jednak przyznacie, że jednoosobowy band to zaiste niedużo. Wyobraźcie sobie Lightning Bolt w jeszcze szczuplejszej wersji – normalnie masakra. Co prawda zebrani 8-ego (jeszcze będzie o Mego) października na dziedzińcu Centrum Sztuki Współczesnej mieli okazję zobaczyć, że Japończycy radzą sobie nawet w takich sytuacjach. Osamotniony perkusista noisowego duetu Ruins (nieobecny basista siedział wtedy w domu ze złamaną ręką) bez żenady dał występ, w kosmicznym tempie okładając bębny do linii kolegi które miał nagrane na magnetofon.

Taka ciekawostka, w kontekście której nie mamy się co użalać nad samotnym nawigatorem Junior Boys, który komponując na komputerze nie musiał nawet kupować sobie magnetofonu. Rozwijając pomysły na jakie wpadł razem z Darkiem nie ustawał w pracy, jednocześnie próbując przekonać kogoś do zapłacenia mu za wydanie gromadzonego materiału. Pod koniec 2002 dopiął swego i podpisał kontrakt z Kin, którzy wsparli go nie tylko finansowo, ale też wpuścili do własnego studia, gdzie pomocny, "miejscowy" fachowiec (Matt Didemus) otworzył przed nim nowe, nieporównywalnie większe możliwości produkcyjne.

Z tym bagażem wiedzy odpalamy Birthday, gdzie tytułowy kawałek z miejsca atakuje nas disco-popowym bitem odwołującym się wprost do ostatnich dokonań niemieckich avant-popowców, choć gdyby podrążyć dwie dekady głębiej, wygrzebiemy też żółtą okładkę Computerwelt. Ciepła melodia syntetycznych klawiszy, a także złamany głos Greenspana przypominają nawet melancholię Neon Golden. Nutka nieśmiałej goryczy, jakby smutku, który kontrastuje z wesołym przecież podkładem, sprawia że mimowolnie poddajemy się klimatowi zadumy. Subtelność z jaką autor dzieli się z nami swoimi troskami i dziwnie przekonywająca szczerość wokalu zwyczajnie ujmują.

Kolejny "Last Exit" proponuje już nieco zmienioną stylistykę. Wyznaczany przez programowaną perkę puls nie jest już tak klarowny, ani miarowy. Melodia staje się jakby bardziej rozlazła, leniwa. Rozmyte barwy, letnia psychodelia, z czym ci się to kojarzy? Tak, tak kochani, dobrze kombinujecie. To są rejony które na zawsze już będziemy utożsamiać z Endless Summer, z Christianem Fenneszem. To właśnie jego twórczość naznaczyła w sposób ewidentny zarówno tę, jak i dwie kolejne odsłony wydawnictwa. Sformułowanie "naznaczyła" nabierze dodatkowego wymiaru, kiedy zdradzę wam, że ostatni na płytce to nic innego jak dzieło austriackiego mistrza – remix "Last Exit". Niesamowicie zniekształcony motyw czegoś na kształt żywej, choć przetworzonej gitary akustycznej, zagęszczony rozmaitymi echami i pogłosami do granic percepcji najczulszych usząt, w finale zostaje jakby uwolniony przez wszechwładnego twórcę i wierzcie lub nie, ale moment ten ociera się o absolut.

Junior Boys mają (hehe, schizofrenia logiczna czai się co krok) potencjał, który każe bacznie śledzić ich dalsze losy. I choć, patrząc strukturalnie, na ich debiutanckiej EP-ce najlepszym utworem jest remix zaprzyjaźnionego artysty o ugruntowanej renomie, to wraz z pozostałą częścią materiału całość pretenduje do grona najciekawszych tegorocznych propozycji. Jeśli zatem płyta długogrająca, która ma się ukazać na początku przyszłego roku, kryje materiał nie odbiegający poziomem od tego tutaj, to na pewno warto ją zdobyć.

Jacek Kinowski    
2 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy