RECENZJE

Junior Boys
Big Black Coat

2016, City Slang 7.0

Tęskniliście? Ja też. Koncert Junior Boys w warszawskim klubie 1500m2 był ostatnim występem zespołu przed zawieszeniem działalności. Nie spodziewałem się jednak, że na najnowsze wydawnictwo utalentowanych Kanadyjczyków przyjdzie nam czekać taki szmat czasu. No bo ileż to Didemus i Greenspan ociągali się z wydaniem kolejnego, piątego już longplaya? Prawie pół dekady, mam rację? I w rzeczy samej – zmieniły się czasy, zmieniły się trendy, no i przede wszystkim zmienili się ludzie. Czy dzisiaj wszyscy z licznej grupki moich znajomych, którzy w lecie 2011 jarali się piosenkami z It’s All True, wciąż w równym stopniu zajawiają się tym powrotem po latach? Obawiam się, że niekoniecznie. Możliwe, że hype na Junior Boys nieco osłabł. Oni natomiast się nie zmienili. Ciągle nagrywają świetne, skrzące od hooków i niebanalnych rozwiązań kompozycyjnych piosenki (no, może bardziej niż do tej pory flirtują z techno oraz jukowo-footworkową estetyką). Wybaczcie, że uderzam w dość sentymentalny ton, ale u nas sytuacja z Junior Boys to trochę jak z tym pomnikiem trwalszym niż ze spiżu. W kontekście naszych muzycznych zainteresowań są absolutnym fundamentem – niczym duet Alessandro Nesta i Fabio Cannavaro w składzie Azurrich sprzed dekady. Bez nich się nie obejdzie. Chyba więcej nie muszę tłumaczyć.

Podczas przerwy wydawniczej muzycy nie byli bezczynni. Grali sety didżejskie, a Greenspan obok produkcji jednego z fajniejszych krążków obecnej dekady – wydanego w 2013 roku Pull My Hair Back Jessy Lanzy (tutaj brawa dla tego Pana, naprawdę kapitalna robota), nagrał kilka singli dla Jialong – stajni swojego druha Caribou oraz wypuścił parę naprawdę niezłych remiksów. Ta aktywność żadnym stopniu nie może się jednak równać się z kwestią wydania nowego krążka. Powiedzmy sobie wprost: Big Black Coat od samego początku robi robotę. Coś w tym jest, że numery, które otwierają albumy Kanadyjczyków, są zawsze po mistrzowsku przeprowadzoną ofensywą błyskotliwie wyprodukowanego i zaaranżowanego electro popu, niezależnie od tego, czy weźmiemy na warsztat wiekopomne "More Than Real", "Double Shadow", czy też "Parallel Lines" lub "Itchy Fingers". Podobnie z "You Say That" – biegnące wzdłuż hi-hatowej trajektorii gęste plamy synthów to nieco cieplejsza odsłona wyprodukowanych przez Greenspana numerów z Pull My Hair Back, jednak gdy na wysokości 1:40 następuje charakterystyczne przełamanie i przejście do refrenu, to już wiem, że obcuję z Junior Boys w wersji instant. Trochę inaczej mają się sprawy z bezwstydnie popowym "Over It". Tutaj brak podobnego kombinowania z rytmem i produkcyjnymi detalami, jest za to znacznie więcej przestrzeni, luzu i naturalności. Wokalne hooki też robią swoje i nie zdziwię się, jeśli wiele osób będzie często repeatować ten utwór, na podobieństwo takich bangerów, jak "Bits And Pieces" czy "In The Morning". Podoba mi się w znacznej mierze instrumentalne "C’mon Baby", w szczególności rozedrgana, wręcz post-rockowa końcówka, podobają mi się precyzyjne rozplanowane pod kątem trików produkcyjnych zbliżone do siebie "Baby Give Up On It" oraz "M&P", ale chyba najbardziej chwyta za serce dwuipółminutowa miniatura "No One’s Business", na której spotykają się miłosne wyznania Greenspana i dostojna subtelność ambientowych pasm.

Jedna sprawa nie daje mi jednak spokoju: dlaczego zespół brnie w stronę coverów, które moim zdaniem są totalnie zbędne i siłą rzeczy nieco zaniżają ogólną ocenę. Przeróbka utworu Bobby’ego Caldwella "What You Won't Do For Love" w pewien sposób się broni – jednak, choć spójna z linią programową formacji i całkiem elegancka, mimo wszystko odstaje od reszty indeksów (nie jest jednak aż tak bezbarwnie, jak w przypadku reinterpretacji numeru Franka Sinatry "When No One Cares", zaręczam). Na szczęście później wszystko wraca do normy. Najbardziej futurystyczne w zestawie "And It’s Forever" czy "Love Is a Fire" (tak jak w przypadku numerów z Pull My Hair Back) po raz kolejny wskazują na fascynacje Greenspana katalogiem Hyperdub czy Teklife, natomiast rozmarzone "Baby Don’t Hurt Me" to mrugnięcie okiem w stronę takich soft-rockowych tuzów, jak 10cc, Bee Gees czy Hall&Oates. Ciekawie mają się sprawy z utworem tytułowym – tę brawurową, ponad siedmiominutową kompozycję znakomicie opisał Krzysiek w kontekście naszego podsumowania najlepszych singli 2015. Mógłbym tylko sobie życzyć, żeby inspiracje techno z Detroit zawsze przekuwały się w coś tak smakowitego.

Dlaczego zatem 7.0, a nie wyżej? Pomimo początkowego zachwytu nad tym krążkiem dochodzę do wniosku, że zbyt często mamy tutaj do czynienia z powtórką z rozrywki, bo czym nas tak naprawdę Junior Boys zaskoczyli poza utworem tytułowym oraz subtelnymi nawiązaniami do takich stajni jak Teklife? No właśnie. Przywoływany w notkach prasowych art-pop w duchu Yellow Magic Orchestra możemy usłyszeć już na So This Is Goodbye, czy Begone Dull Care. Post-disco, soft rock czy r&b? To wszystko było na It’s All True. Nowa płyta pozwala jednak nie tracić nadziei, że Jeremy i Matt wprawią nas jeszcze kiedyś w osłupienie czymś na miarę piosenek z genialnego Last Exit. Może tytułowy kawałek wyznacza kierunek na przyszłość? Oby. Tymczasem nie mam zamiaru przesadnie narzekać – jest dobrze i cześć. Mam nadzieję, że nie tylko ja się cieszę, że Junior Boys znowu są z nami.

Jacek Marczuk    
26 lutego 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja