RECENZJE

Junior Boys
Begone Dull Care

2009, Domino 7.3

O Canada!
Our home and native land!
True patriot love in all thy sons command.

With glowing hearts we see thee rise,
The True North strong and free!

From far and wide,
O Canada, we stand on guard for thee.

God keep our land glorious and free!
O Canada, we stand on guard for thee.

O Canada, we stand on guard for thee.

Och Kanado! – mlekiem i miodem płynąca kraino, gdzie wszystkim ludziom żyję się szczęśliwiej i dostatniej, a z kranu płynie na przemian: syrop klonowy, oraz coca-cola. Pamiętam, że kultywowaliśmy z przyjaciółmi w czasach liceum wizję kanadyjskiego "raju obiecanego", do którego to po studiach mieliśmy wszyscy razem wyemigrować, "by żyło się lepiej" (heh, młodzi, głupi, naukowcy...). Ta idylla, mimo że oczywiście przesadzona, zawiera w sobie jednak ziarnko prawdy. A może nawet więcej niż ziarnko, bo pomijając fakt, iż płaca minimalna jest tu na poziomie 9,5$ (co daję zarobki w okolicach 25 złotych na godzinę), oraz że państwo, dzięki (już nie to co kiedyś, ale nadal) hojnym systemie zabezpieczeń socjalnych, zapewnia wszystkim (naprawdę wszystkim) godziwe życie, Kanada może się poszczycić imponującą sceną muzyczna. (Wystarczy zerknąć na swoją półkę z płytami, a na pewno znajdzie się tam parę kanadyjskiego pochodzenia.) Co więcej, dla każdego szanującego się bandu będącego akurat w trasie, obszar ten jest naturalnym przedłużeniem Stanów, zatem niejako oczywistą oczywistością wydaję się im zawitanie do Montrealu, Ottawy, czy Toronto. Także ilość dobrych, lub zajebistych zespołów, które można tu spotkać na żywo jest imponująca. Ja w ciągu dziewięciu miesięcy miałem okazję zobaczyć: Land Of Talk, Maxa Tundrę, Pains Of Being Pure At Heart, Groupera, Animal Collective, Modest Mouse, oraz Junior Boysów – a przyznaję się, że parę świetnych gigów opuściłem (ejno, nie zawsze chciało się jechać 1,5 godziny do Toronto z ogromnej wiochy jaką jest Mississauga).

Koncerty zazwyczaj zajebiste. O ile na Animalach byłem mocno zniesmaczony, bo już dwie godziny przed rozpoczęciem klub obległy dzikie indie-kidsów hordy, tak na Juniorach przeciwnie – totalna kulturka. Żadnych śmichów-chichów, żadnego podstawówkowego ganiania się po klubie, wszystkich zebranych interesowała wyłącznie muzyka (a nie "dobra zabawa", czy lanserka na koncercie modnego akurat zespołu). Towarzystwo co prawda niezwykle różnorodne (jak mawia mój kolega z pracy: "Mamy tu u nas w Kanadzie praktycznie całe ONZ"), ale w większości wysublimowane (żadnych szałaputów i ścieciuchów jak na AC). Boysi oczywiście nie zawiedli (a właśnie, genialnie supportował ich Max Tundra) – zagrali klasyki (taak, było "Birthday"), pół-klasyki (taak było "Double Shadow"), oraz parę nowych kawałków. Wszystko przy pełnym zaangażowaniu, skupieniu i elegancji, także popijając kolorowe drinki "się doznawało". Jako że nie o samym koncercie ma tu być mowa (może kiedyś jeszcze skrobnę o nim parę słów) i interesują nas wyłącznie najnowsze numery, to przyznam, że przy pierwszym kontakcie z nimi byłem nieco rozczarowany – wprawdzie intrygowały, ale równocześnie sprawiały wrażenie zaledwie-solidnych. I nie była to, jak wstępnie podejrzewałem wina koncertowych warunków, bo już na samym, perfekcyjnie wyprodukowanym albumie, również nie powalały. Dla przykładu "Work" z początku wydał mi się toporny, a "Dull To Pause" nieco infantylny i przynudnawy. Nie poprzestałem jednak na pierwotnej impresji i w myśl zasady "walgłębiejwdupin", z nadzieją zagłębiałem się w kolejne powłoki zimnych syntezatorów. "I to się okazała słuszna jedynie decyzja", bo kolejne przesłuchania, odsłoniły ukryte dotychczas zalety albumu. Fragmenty zajebiste wydały mi się jeszcze lepsze, bogatsze i bardziej wyrafinowane, natomiast te co do których nie byłem przekonany z grubsza rozwiały wątpliwości. Przy czym nie mówię tu o jakimś wielkim oczarowaniu materiałem. Tradycyjnie bardzo bardzo wysoki "Juniorowy" poziom został zachowany, ale o żadnym przełomie w twórczości Kanadyjskiego duetu mowy być nie może.

Begone Dull Care to bez wątpienia znakomita płyta. Podobnie jak dwa pierwsze wydawnictwa, urzeka klimatem depresyjnej melancholii, oraz wyjątkową inteligencją, zarówno w warstwie muzycznej jak i treściowej. Znakiem rozpoznawczym, obok subtelnie wyrażających ludzką bezsilność w relacjach uczuciowych, tekstów ("When you can never feel at home / Cause' you've been off and away so long / And it's too much just to leave again / So you figure, that you'll stay instead... ", czy "Give me a little room / To get on with concentration / Just enough to know / What I'm missing in education / Borrowing all the hours that you gave to me / It's a wonder I could ever breathe "), niezmiennie są suche, kraftwerkowe bity, oraz mroźne klawiszowe tekstury. Głos Greenspana jako samotny, "ludzki" element, znów wypada ciepło i kojąco, będąc równocześnie posępnym jak i przynoszącym ulgę. Jedynym poważniejszym zarzutem jaki przychodzi mi do głowy jest tu brak utworu jednoznacznie efektownego, czegoś wgniatającego w fotel w stylu "Double Shadow" (takim "Parallel Lines", "Hazel", czy "Sneak A Picture" niestety trochę do tego brakuję), o klasycznych mocarzach z Last Exit nie wspominając. Co nie zmienia faktu, że generalnie Kanadole wciąż solidnie wymiatają.

Paweł Greczyn    
14 września 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja