RECENZJE

Julianna Barwick
The Magic Place

2011, Asthmatic Kitty 6.3

Na EP-ce Florine Julianna opływała swoje Wyspy Szczęśliwe, ściślej: tworzyła apokryfy w polu wyrywkowych skojarzeń z heroicznym okresem działalności 4AD. Subtelnie w paru miejscach przywołane symulakrum muzyki etnicznej według niektórych wskazywało na to, że Barwick może nosić na piersi medalik z podobizną Świętej Dymfny i skłaniało do włączania jej w szeroko pojęty nurt freak folkowy. Niesłusznie, bazowy żywioł Barwick to jednak brzmienie ambientowe filtrujące fascynacje z lat osiemdziesiątych, jej zapętlonych wokaliz słucha się trochę jak wyobrażeń o Fraser śpiewającej a cappella na środku Morza Liguryjskiego. A echa world music są obecne także na It'll End In Tears. Zaś teraz Julianna przyszła w porze pełni, by obdarować nas całym naręczem zorchideizowanych lilii.

Więc jeśli nie wiecie, co dzieje się na jej wydanym u Sufjana tegorocznym albumie, już mówię: Julianna opływa swoje Wyspy Szczęśliwe, ściślej: tworzy apokryfy w polu wyrywkowych skojarzeń z heroicznym okresem działalności 4AD. Subtelnie, z umiarem w paru miejscach przywołane symulakrum celtyckiego popu (imaginacyjny duet Enyi z Fraser w udanym "The Magic Place") i inne zapożyczenia już nie zachęcają do jakiegokolwiek szufladkowania twórczości Barwick. Ambientowa orientacja filtruje pozostałe składowe jeszcze konsekwentniej, niż to miało miejsce na poprzednim wydawnictwie.

Julianna podszkoliła umiejętności operowania swoim głównym instrumentem, tym od "aaaaa" i "ooooo", więc z powodzeniem angażuje przy większej oszczędności środków. Zarzuciła generowanie pomysłowych ozdobników na rzecz niemal zupełnego rozpłynięcia się w ekstatyczności opartej na emocjonalnej harmonii: zamiast neurotycznego Watts-Russella Barwick woli Watts-Rosseau. Przez większą część albumu utrzymuje się prosty, z ducha post-rockowy schemat konstrukcyjny: najpierw kontemplacja splatających się ze sobą wokaliz, a pod koniec instrumentalne wejście, minimalistyczne, ale zorientowane na emocjonalne podbarwienie, spuentowanie utworu. Trzeba jednak oddać Barwick, że ma klasę i pomysły, jak wypełnić ten wzorzec. Tka zajmujące wizje i dyskretnie wplata w nie ożywcze zapożyczenia. Umiejętny – choć już przeważnie nieoryginalny – recykling osłuchanych stylistyk jest największą zaletą tego albumu. Ta zaleta ma też wadę, bo w oczywisty sposób prowokuje do zmiany odbioru z nastawienia na nieoczekiwane wzruszenia w przyglądanie się z aprobatą jakości samego rzemiosła.

I nie wszędzie jest kunsztownie. Tam gdzie Barwick opuszcza swoją bezpieczną pozycję, choćby na krok, bywa już bardzo różnie. W kontekście bardziej konwencjonalnych umiejętności ze styku kompozycji i aranżacji zastanawia "Vow": wystarczyło wprowadzenie fortepianu od początku i już cały utwór popadł w bezbarwną, niczym nieprzełamaną monotonię. Pod względem interakcji głosu i instrumentarium ciekawiej wypada mocno osadzony w stylistyce Grouper "Bob In Your Gait", ale jednak brak mu siły typowych "barwników".

W ostatnich dwóch indeksach Julianna powraca do tego, co udaje się jej zdecydowanie najlepiej, w połączeniu z właściwymi dla niej detalicznymi odstępstwami. W "Prizewinning" pojawiają się niespodziewane perkusjonalia, chyba podpatrzone u TV On The Radio circa Return To Cookie Mountain. We "Flown", new age'owej fantazji o niedzielnym poranku w północnoamerykańskim kościele, głos Barwick jest wolny od większości stosowanych na albumie efektów. To końcowe wrażenie autentyzmu pozwala myśleć o pojawieniu się w przyszłości w jej dyskografii czegoś innego niż nie do końca satysfakcjonujący, ekologiczny, antygitarowy wariant Bloweyelashwish, czegoś więcej niż sprawne wariacje i szkice. Wydawnictwa, jakiego główna wartość już nie będzie polegała na podtrzymywaniu wrażenia o dużym formacie obiecującego talentu, który może umożliwić Juliannie stanie się w końcu zawodniczką kompletną.

Andrzej Ratajczak    
12 marca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie