RECENZJE

Julianna Barwick
Nepenthe

2013, Dead Ocean 6.0

Tym razem album wabi obietnicą już w tytule. Łyk zapomnienia, kuracja przy szmerze fontanny i szeptach wyroczni. Nie od dziś wiadomo, że to królestwo nie z tego jest świata. Czas znów utknie w repetycjach, zagubi się w głosie, a w cieniach perystaz, chłodzie atrium słuchacze zastygną w pozie, by różanopalca artystka przechadza się mogła, spoglądając na nich z roztargnioną miną.

Tym razem też miejsce tych misteriów jest nieprzypadkowe. Wcześniej jak opisywał Andrzej Ratajczak: "Juliana opływała swoje Wyspy Szczęśliwe". Tak było. Obecnie, precyzyjnie dobrana sceneria koresponduje z powagą nowego przedsięwzięcia. Islandia. Kraj glaciali, gejzerów, wydrzyków i burzyków. Ziemia maskonura. Barwick przybija w końcu do wspomnianej wyspy i kawałkiem mokrego drewna stawia na jej obiecanych brzegach własny znak.

Jest coś takiego w islandzkiej muzyce, że każdy jej dźwięk przypomina jednocześnie wybuch wód termalnych i gwizd postawionego na piecu imbryka z herbatą. Tę parzyli Barwick gospodarze z Sigur Ros, zaproszenie wcześniej wysłał współpracujący z nimi Alex Somers. Przy okazji nagrania odkurzono trochę, popularne kiedyś skrzypki grupy Amiina, przy brzmieniu majstrował też znany z Mύm Rόbert Reynisson. Wpływ tej paczki można na Nepenthe odczuć. W takich utworach, jak "The Harbinger" czy "Look Into Your Own Mind" opisywane przez Andrzeja "apokryfy w polu wyrywkowych skojarzeń z heroicznym okresem działalności 4AD" ustępują miejsca islandzkim sagom w polu bardziej płynnych skojarzeń z okresem działalności północnych herojów. Nie doszło co prawda do wymarzonej kolaboracji z Björk, ale nie przelano też czary mdłego miodu, zapewne oglądając się na Eyjafjallajökull, który nie tak dawno wyraźnie dał do zrozumienia, że dłużej nie wytrzyma na tej wyspie pastorałek mikołajowych półelfów. Dla islandzkich muzyków, zetknięcie z osobą Julianny pewnie też przywołało wspomnienie lepszych czasów.

Przed siedmiu laty na Islandię wybrał się Will Oldham, by wrócić z dobrym The Letting Go. Wygląda na to, że i ta podróż przyniosła niezłe rezultaty. Choć aranżacyjne drobiazgi nie są jakoś szczególnie zaskakujące, to można odnieść wrażenie, że zawsze były tuż na wyciągniecie ręki i pasują do tej muzyki jak ulał. Pozostają również fragmenty, w których artystka odważniej rusza w świat popu. W "One Half" stara się przełożyć swój dotychczas wewnętrzny język na znaną ludzką mowę i trzeba przyznać, że na translacji utwór nie gubi, wręcz zyskuje. "Crystal Lake", natomiast, to, zachowując proporcje, na poziomie chórków jej własny "Adiemus". Co też wcale nie musi być tak złe jak zabrzmiało.

W kontekście tych nieuchwytnych dźwięków łatwo uchodzi uwadze fakt, że to odświeżenie formuły jest jednak raczej dość powierzchowne. Muzyczna przewidywalność znika w przewidzeniu, a Nepenthe po raz kolejny rozgrywa przede wszystkim wrażeniem, które pozostaje jej największym atutem. Spełnione obietnice często tracą swój niesprecyzowany smak. Tą płytą Barwick przyrzekała zapomnienie i postanowiła dotrzymać słowa w pełni jego znaczeń, i myślę, że nawet nieco wbrew własnym intencjom.

Wawrzyn Kowalski    
27 września 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie