RECENZJE

Julian Lynch
Terra

2011, Underwater People 7.0

Przed kilkunastu laty. Tajemnicze Złote Miasta na ekranie telewizora Unitra. Nasz bohater, w wieku pacholęcym, z napięciem obserwuje drogę podróżników ku wyśnionemu Eldorado. Nieskończona dżungla, Majowie i Inkowie, tajemnice zasupłane na paciorkach kipu. Przerażają Olmekowie z kopulastymi czaszkami, które kryptokefalometrii nasunęłyby teorię o gwiezdnych pielgrzymach wprost z pism Dänikena, fascynują Amazonki w głębi brazylijskiej puszczy i olbrzymi Urubowie w skórach andyjskich niedźwiedzi. Kondory, czekolada, złoto. Jak na anime całkiem sporo dzikich wrażeń.

Kilka lat później. ”Psycho Baloo i piss jet Bagheera” w opuszczonej świątyni pełnej pozostawionych skarbów ratują Mowgliego z objęć pytonicznego węża Ka. Szczególnie w pamięć zapada sztylet z wielkim jak oko rubinem i jakiś radziecki serial całkiem w klimacie. Z małpoludami w Złotym Mieście przy pomocy szympansiego plemienia poradził sobie również Tarzan. Rodzi się pomysł aby podwórkowego kota nazwać Czita, lecz imię nie przyjmuje się. Conan w Czarnym Lotosie (Lotusie?) także spotyka Innego. Wśród przedstawicieli na wpół wymarłej rasy pogrążonej w rytuałach incepcji, prowadzi walkę z wszechogarniającym go snem. Wygrywa ją za pomocą miecza.

Spory przeskok w biografii. Na hasło: ”Phii, Grę W Klasy to każdy czytał”, rzucone przez koleżankę z liceum, narrator (a wtedy podmiot jak najbardziej liryczny) ogarnia magiczny boom realizmu. Podróż Do Źródeł Czasu , pod przykrywką relacji z łowów na prymitywne instrumenty i poszukiwania podstawowych brzmień w głębi nienazwanej Wenezueli, pozostawia otwartą kwestię rozciągłości przestrzeni i plastyczności świata, stając się jedynie pretekstem do jego reinterpretacji w stronę podjętą później przez Proceente: ”Centrum świata jest tam gdzie promień światła prostopadle pada/W noc i za dnia nie mógłby cię tak kochać byle gałgan”.

Dalej. Okazuje się, że historie o Utopii można, jak mawia Jacek Gmoch, ”włożyć między książki”. Idyllę przerywa proza, a nasz bohater popada na krótko w stan nieobcy konkwistadorowi Aguirre. Nutki szaleństwa wśród małpujących wyjców. Następnie w The Fountain natknie się na analogiczne fiasko starań uchwycenia w garści czasu mitycznego. Obłędny wzrok Kinskiego zastąpi lewitujący przy axis mundi airbender, walczący o ocalenie walącego się w gruzy uniwersum z wykrzywionym azteckim kapłanem.

2011. Wszystkie powyższe elementy biografii okazują się fałszywe bądź nieistotne. Etnomuzykolog – nie lekceważyłbym wagi tej profesji (czy ktoś pogardliwie prychnąłby: ”etno”?!). Julian Lynch zdecydował się kolekcjonować dźwięki i ruszył za nimi uzbrojony w siatkę na motyle, podobnie jak bohater Carpentiera, tworząc za ich pomocą wyimaginowaną chronometrię. Amerykanin w swym podejściu badawczym wykorzystuje pierwotne sposoby obrazowania: zacierające dychotomię diachronii i synchronii, kamuflujące minione z zastanym. Jest to wyobrażenie ludzi Złotego Wieku, trwającego wiecznie lata. W kontekście czasu – impresja nielinearnie rozciągniętej teraźniejszości. Nieprzypadkowo Faust i Popol Vuh pojawiają się w tym miejscu, reprezentując zarówno okiełznanie hipisowskiego ducha przez niemiecki kraut, jaki i dwa całkiem odmienne literackie spojrzenia na granicę trwania. Kiedy śladem obsesji Percy’ego Fawcetta wasz narrator i recenzent Juliana Lyncha wyrusza za nim na bezdroża, przeszłość i czas jaki znaliście odchodzą w niepamięć. Brian Eno, nowy folk, harmonijka, jazzujący saksofon to czeka nas już na pierwszym etapie. W gąszczu odniesień muzyki Lyncha pulsującej czymś dawno przebrzmiałym, owoc nie został jeszcze nadgryziony, a my gubimy się w nieświadomości, czy mamy do czynienia z obiektem zagrzebanym głęboko w historii czy też z akademicką dysertacją na temat odświeżania motywów. Elementy, które składają się na Terra to brzmienie słownikowe w borgesowski sposób budujące jednocześnie całkiem fantastyczną quasirzeczywistość. Poszukiwania eldorado i duch syntetyczny zyskują narzędzie w postaci synestezyjnego wyczucia barwy tworzącej krainę najczystszego powietrza (zaraz sklepię też Sto Lat Samotności, uważajcie) z jej fluidyczną dynamiką w szeregu statycznych jednak kompozycji. Lynch boso lub, jak chce Pitchfork, w szortach i sandałach dogląda tej wydźwigniętej z morza skały i jak Darwin bada na jej przykładzie ewolucję muzyki, sprowadzając ją do punktu przeszłości niazastanej. Z recenzenckiego obowiązku dodam, że sprawy mają się bardzo podobnie jak na Orange You Glad czy Mare, hypnagogiczny ambient-folk zmierza w kierunku porzuconych w dżungli artefaktów dawnej sceny afrykańskiej, nowojorskiej, brazylijskiej, ale dokładna mapa tej podróży nie istnieje albo jest całkiem nieczytelna.

2112. Przepowiedziany koniec nastąpił, bieguny magnetyczne nie wytrzymały. Ocalała ludzkość gromadzi strzępy pradawnej wiedzy. Dzięki poświęceniu niewidomego mnicha o twarzy Dzyndzela Washingtona przechowano krążek zawierający kompendium wielkiej i mądrej cywilizacji. W klasztorze wśród gór został on w cudowny sposób odczytany i skonwertowany w notacji cheironomicznej. Ten traktat, będący świadectwem istnienia zaginionej pod wodą kultury stał się przyczynkiem poważnych dysput i herezji. Julian Lynch, podobnie jak niegdyś Arystoteles zyskał profesjonalny przydomek przez duże EM. Wieki później legendy o baśniowych światach uznano za wyssane z palca, ale zawsze znajdują się osoby próbujące zaprzeczyć faktom i w końcu je odnaleźć – Mu, Lemurię, Atlantydę, Terrę…

Wawrzyn Kowalski    
28 kwietnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie