RECENZJE

Julian Lynch
Mare

2010, Olde English Spelling Bee 7.3

FK: To jest oniemiające, jak bardzo Olde English Spelling Bee wykracza jakością poza średnią współczesnej muzyki, ekhm, popularnej. Labelowy odpowiednik Chaza Riddicka, po (doznajmy jeszcze raz tego zestawu) Rangers, Forest Swords, Jamesie Ferraro, przyniósł nam – kolejny już, ale lepszy niż zeszłoroczny – album Juliana Lyncha. I choć zaczyna się jak stęp przez step, z którym koresponduje okładka, to dalsze brzmienia już nie tak oczywiste, choć też i nie zawsze lepsze. W ogóle, spośród czterech ocenianych wydawnictw OESB, tutaj proporcje między klimatem, niuansami i klasycznym songwritingiem są najlepiej wyważone. Bogactwo szczegółów i skojarzeń co dwie minuty nadawałoby się raczej na wnikliwą jednoosobową analizę, ale skoro Pavement, to musicie zadowolić się ochłapami i zapewnieniem, że Mare podtrzymuje obraz wypracowany przez Spelling Bee na przestrzeni ostatniego kwartału.

KM: Ja tak o tym nie myślę, żeby omawiany album w ogóle poddawał się wnikliwej jednoosobowej analizie. Reprezentant OESB napchał w nim tyle różnorakich odniesień, że zrozumieć, o czym on właściwie do nas mówi, może chyba tylko garstka jego kolegów z etnomuzykologii, Chuck Norris i Emmanuel Eboué (pozdro, Wojtek!).

A tak przy okazji, Afryki jest tu pewnie więcej, niż ktokolwiek, łącznie ze mną, sądzi. Bębny to w tym temacie oczywistość. Pojawiający się tu i ówdzie wyraźnie Ethio-jazzowy saksofon też nie jest trudny do wychwycenia, w końcu Mulatu Astatke kojarzą prawie wszyscy. Ale czy "Ears" to przypadkiem nie jest mocno przetrawiony higlife? Czy gnieniegdzie nie pobrzmiewa Ali Farka Touré ze swoim pustynnym bluesem? Albo te gitary w "Mare" lub "Stomper" – może są pożyczone od jakiejś psychodelicznej zambijskiej kapeli z lat '70? Ja wymiękam. A Afryka to przecież nie wszystko. W openerze mamy tyle samo stępu przez step, co beduińskiej wyprawy przez pustynię, hinduizmu i... Latynosów (marakasy przecież). World music? Heh, dobre sobie. Naprawdę, NIEOGARNIAM i w tym miejscu kończy się moja wnikliwa analiza.

Najlepsze, że to wszystko trzyma się kupy i na dobrą sprawę Mare można słuchać zupełnie zachodocentrycznie. Odstawić globus i myśleć raczej o tych dziwacznych labelach wydających po 1000 sztuk albumów. Bo choć Julian Lynch wyróżnia się w katalogu Olde English Spelling Bee (a kto tam się nie wyróżnia?), to zdecydowanie jest wśród swoich. I daje radę jak chyba wszystkie ziomy stamtąd.

JB: Do tej pory "Mare" zarezerwowane było dla znakomitego kanadyjskiego zespołu, który na EPce o tym samym tytule rządził, łącząc przygniatający sludge z emo circa Sunny Day Real Estate (i wieloma innymi sprawami, m.in. math-rockiem np.). Całość na tyle godna uwagi, że akapicik nie zawadzi. Teraz danie główne.

Nasz Julian ze sporym zapasem przeskakuje nad poprzeczką zawieszoną przez chwalonych przez nas kompanów z wytwórni. Przez zalane Słońcem ulicami wiedzie nas nie tylko zwiewnymi gitarowymi arpeggiami, lecz także posępnymi cumulusami basu i wyłaniającymi się nieśpiesznie zza rogów nieznanymi ornamentami, podświadomie etnicznymi. Bruno Schulz czytany przez Marka Linkousa gdzieś na przedmieściach Aleksandrii. Sea And Cake bez McEntire'a. Nowa karta w nieocenionym słowniku "mumblizmu".

Olde English Spelling Bee pozostaje oficyną niedefiniowalną, posługującą się swoim własnym językiem, który czasem zdaje się wywodzić z K-songwritingu, czasem zaś jest niezupełnie zrozumiały (syntetyczne podszycie "Stomper, niemal jamajskie "Interlude"). Wciąż jednak brzmi naprawdę pięknie.

ŁK: Soundtracki do lata, nigdy was nie dość latem. Od czasów trzeszczącego, odrobinę niespójnego Orange You Glad, Julian Lynch zwarł swoje jednoosobowe szyki i nagrał album na miarę swoich możliwości, kompletny. Utwory Lyncha to wciąż quasi-ambientowe, quasi-piosenki lo-fi, kontemplacyjne, ewokujące słońce (ale nie plażę!), ale na Mare wyraża się dużo odważniej, piosenki brzmią pełnie i każda z nich się liczy. Kawałki takie jak "Ruth, My Sister" czy "Stomper" są dream popem wysuszonym na palącym słońcu. Numer polega też na tym, że artysta wszywa w te pejzaże wszystkie te motywy, o których pisał Krzysztof. Spektakularne.

Krzysztof Michalak     Jan Błaszczak     Łukasz Konatowicz     Filip Kekusz    
3 lipca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie