RECENZJE

Julia Holter
Ekstasis

2012, Rvng Intl. 6.8

Historia zasłony jest zaskakująco krótka, jak podpowiadają żurnale, tak na oko uznając ją za młodszą od epoki średniowiecza. Przełomem w jej dziejach był niewątpliwie wiek osiemnasty, kiedy poznano, że zasłonę można nie tylko podwinąć, ale też rozsunąć. Ten dość zamaszysty gest, będący być może jednym z najpopularniejszych w historii kina poetów jezior, ogrodów i wiejskich posiadłości, jest dla mnie źródłem pewnej duchowej kontemplacyjnej przyjemności. Nieważne czy wstaję o brzasku, czy też budzę się gdy światło wyraźnie przebija już przez kotary, nieistotne także czy rozsuwam je własnoręcznie, delektując się mgłą poranka, bądź też honory czyni służba dodając przy tym z pełnym nacisku wyrzutem: "Paniczu…!", czynność zarazem czerstwa i płynna, całkowicie zaburza równowagę pomieszczenia i nieodmiennie zaskakuje, gdyż można jedynie przeczuwać, jakie światło zmyje resztki snu. Dalej – podstawowa a jednak wzniosła, w tajemniczy sposób powiązana z cyklem pór roku, zagadkami zdarzeń atmosferycznych, pogodą i jej kaprysami, przenosząca w świat, w którym pamięta się, że codzienność jest w jakimś sensie uświęcona i toczy się w cieniu gabinetów, ciszy bibliotek lub w otaczającym całość parku, będącym tą zewnętrzna dzikością zagłaskaną i przyciętą przez małomównego ogrodnika. Rozwiewając wątpliwości – w moim wypadku świat urojony. Okna pokoju osłaniają niestety mało szlachetne plastykowe żaluzje. Potrzeba niejakiego wysiłku i, zupełnie jak przy odsłuchu Ekstasis, wyobraźni aby nasycić przestrzeń nowym odcieniem. Termin "chamber pop" w tym wypadku zostaje znaczeniowo rozsunięty, ale światło, jakie dostaje się do środka jest rozproszone i marcowe, igrając na ścianie sekwencją impresjonistycznych plam.

Osnową poprzedniego albumu Julii, Tragedy, była jedna z osiemnastu zachowanych tragedii Eurypidesa. Warto przy tym przypomnieć, co wie każde dziecko w wieku szkolnym, że pierwotnie w spektaklu udział brali jedynie mężczyźni, którzy odgrywali także kobiece role, zasłaniając twarz maską (i, ech ci Grecy, ubierając także buty na wysokim koturnie). Powierzchowność artystki pozwalałaby jej uniknąć rzeczonych rekwizytów. Jednak przyjmuje je ona jako wróżbę zwycięstwa, upłynniając artystyczny przekaz, upodobniając go do archetypicznej masy, nad którą palono ognie i odprawiano misteria. Dzięki temu osiąga główny cel tej odmiany greckiego dramatu: zmycie i oczyszczenie. Podobne zabiegi Julia kontynuuje i na sofomorze, do westalskiego płomienia skupionego i napiętego ambientu dorzucając dreamowe inspiracje wiodące w kierunku dwóch różnych źródeł. Udział Kenny Gilmore'a w sesji nagraniowej i przyjaźń z Ramoną Gonzalez złapały młodą artystkę w sieć hypnagogicznych kalifornijskich śpiochów, podniecając recenzencką wyobraźnię zestawieniem z enigmatyczną Parallelograms Lindy Perhacs. Można również równolegle odszukać fascynacje Elizabeth Frazer czy nawet Kate Bush zwłaszcza w tych momentach, w których, jak w wypadku "Für Felix", melodia z wykorzystaniem synthów, dzwonków i kosmicznych dźwięków tchnie atlantyckim chłodem, w połączeniu z romantycznie stąpającymi smykami i echem klawesynu.

Postać eurypidesowego Hypolita, znana jest feministkom z powodu napastliwej mizoginistycznej tyrady, którą wygłasza, generalizując postawę swej niecnej macochy Fedry. Zarówno teraz jak i wcześniej Holter zdaje się reinterpretować tę historię pokazując, kto tak naprawdę trzyma w ręku wszystkie sznurki i nić Ariadny. Skryty uśmiech pozwala jej bez problemu umieścić po raz kolejny znany z poprzedniej płyty utwór "Goddess Eyes" i to w dwóch odmiennych wersjach. Gdybym był krytykiem większego formatu lub nawet Wysokich Obcasów, dopatrzyłbym się w tym znakomitym posunięciu śladów szerszego manifestu, nie przez przypadek premierę płyty zaplanowano przecież na ósmego marca, przypominając przy tym, że osiemnastoletnie kobiety w Ur czy Uruk zasłaniały twarz woalką, gdy pod okiem bogini poddawały się w świątynnych komnatach zabiegom defloracji. To całkiem eufemistyczne i zarazem ulotne określenie rite de passage oznacza dosłownie "zbieranie kwiatów". Pokrętnie wracamy więc do symboliki ogrodu, czyli, jak przedkłada sprawę słownik, etymologicznie: przestrzeni zamkniętej, podobnie jak greckie paradeisos – miejsce otoczone żywopłotem. "This Is Ekstasis" deklaruje na końcu Julia, a więc wyjście poza, jak można wywnioskować, w kierunku wysp Julianny Barwick czy amazońskiej sjesty Juliana Lyncha, co dobrze zwiastuje na przyszłość. Skoro już zogniskowaliśmy soczewkę na tej trójce, należałoby, rozwiewając wątpliwości, napomknąć o tym, że wspólny temat imion oznaczać mógł dawniej wiele rzeczy, wśród nich także: kwiat, a więc coś stale fascynującego swoją chwilowością i przemijalnością. Nie sugeruję wcale, że Ekstasis dostarcza bardzo powierzchownych wrażeń, raczej chodzi o to, że choć całościowo przypomina błądzenie w labiryntach i lunatyczny spacer, to jest to przy tym płyta krucha i płynna zarazem, ujmująca w mgnieniach oka, z tym mankamentem, że nigdy nie gubiąc wątku, zmusza odbiorcę, żeby sam go porzucił.

Wawrzyn Kowalski    
19 marca 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie