RECENZJE

Julia Holter
Aviary

2018, Domino 7.4

Jest to trzecia, ostatnia wersja tego tekstu. Pierwszy był dwuczęściowym wierszykiem wyrażającym moją apoteozę holterowskiego popu jako takiego, a drugi był w punktach –

1) Na czym w praktyce polega najbardziej kontrolowany dźwiękowy chaos w tym roku, prezentowany na Aviary

2) O czym z pozoru jest Aviary i dlaczego to nieważne

2a) Lepsze ujęcie tego, co przed chwilą próbowałam napisać

3) Ślady kulturowe i popkulturowe, jakie można znaleźć na Aviary albo je tam wepchnąć na siłę

4) Co mam na myśli, pisząc o urzekającym aspekcie Aviary i samej Julii też

5) Ciekawostka

6) Przybliżona ilość pozytywnych recenzji Aviary znalezionych w internecie

7) Ciekawostka (2)

– ale ostatecznie czytacie trzeci. Dostałam kiedyś piękną wiadomość brzmiącą: złoty środek między mną a tobą to ty. A złoty środek między dwoma pierwszymi tekstami a trzecim to trzeci, rozumiecie. Niezajęte niczym dziewięćdziesiąt minut, gdy kończy się rok, znalezione po to, żeby się pozanurzać introspektywnie w najnowszym albumie Julki Holter, brzmi jak mało zabawny żart, na który nie stać nawet mnie. Serio, kto ma na to czas? Prawie nikt, a szczęśliwi (nieszczęśliwi) ci, którzy go mają. Aviary może się wydawać dosyć męczące w swoim kosmiczno-kakofonicznym charakterze, a to wydawanie się zupełnie nie pomaga w lubieniu tego albumu ot tak, od razu. Mamy tu do czynienia z dziewięćdziesiąciominutowym eksperymentem – fuzją klasycyzmu i awangardy (o ile to słowo pod koniec 2018 roku ma jeszcze jakiś sens). Miałam kiedyś taki sen

spadałam w głąb Jowisza

i Aviary jest trochę jak ten sen (który się już nie zdarzy) – może sponsorować doświadczenie podobne (miłe dla ucha w sensie proporcji): wzlatywania i spadania, chaosu i równowagi, ciepła i zimna oraz doświadczania finezyjnie zaaranżowanych muzycznych ekstrakcji chirurgicznych, niezwykle satysfakcjonujących.

W miejscu, w którym popowa diaspora spotyka się z operą w filharmonii z bordowo-złotymi pluszowymi siedzeniami, w które łatwiej wpaść niż z nich wstać, Julia skonstruowała prawdziwy dramat, w którym każdy akt jest osobnym światem, osobnym istnieniem realizującym paradygmat ludzkiej wrażliwości, ale też niemałej odwagi twórczej. Wydaje mi się to nie bez znaczenia, biorąc pod uwagę fakt, że Julia jest nienaruszalnie "elegancką" postacią w świecie amerykańskiego szeroko rozumianego art popu. W sensie, że bez złego momentu w karierze. Jeżeli ktoś by chciał to kiedyś cytować, a to nieprawda, proszę nadmienić, że żartowałam (ale ja nie znalazłam). Senne ballady, suity i smyczki wymieszane z syntezatorami, przeciągający się, przejmująco wysoki wokal, szyty na miarę Björk, rozwiewany efektem Dopplera, bujne aranżacje orkiestrowe, freejazzowe momenty i poezja zarówno zagęszczająca, jak i pięknie dopełniająca brzmienie albumu, to składniki tegorocznego holterowskiego mikrokosmosu zamkniętego w ciasnej wolierze. Klasycyzm przeplatany chaosem (rozbieganiem, odbieganiem od głównego motywu lub zupełny jego brak) i równowaga pełna zwrotów i zawrotów głowy działają percepcyjnie niepokojąco (kakofonicznie) i kojąco jednocześnie. Jeśli myślicie, że kłamię lub przesadzam – najprostszy przykład – "Voce Simul" – proszę bardzo. Na czym w praktyce polega najbardziej kontrolowany dźwiękowy chaos w tym roku? Nie mam zielonego pojęcia.

There is nothing else.

Crying

Flying

Rolling

Flying

Feet over ruin

Human ruin (…)

Julka mówi, że Aviary jest eksploracją dźwiękową czasów, w których czuła, że zaniemówiła. Porozmawiajmy więc o muzyce. Magnetyczny i bezsprzeczny highlight albumu "I Shall Love 2" inwolwuje moją uwagę – razem z ośmiominutową niepokojącą suitą ("Chaitius") i teatralnym "Voce Simul" – w całości. W "Les Jeux to You" słychać nawet trochę Kate Bush w swoich najlepszych ze wszystkich dobrych momentów. Spróbujcie sobie to wyobrazić. Ja spróbowałam. Nie jest łatwo. Dalej – romantyczny art pop stykający się z jego barokową odmianą, teatralno-performatywnie wdrażane narracje pierwszoosobowe i senna, ambientowa woalka rozpostarta nad Aviary kazały mi się, wspólnie z całym (subiektywnym) bagażem dobra, o którym wspomniałam wcześniej, wykłócać się lekko w redakcji o ocenkę, bo jedni są podatni na to wszystko bardziej, drudzy mniej.

Wiem, że nie jest łatwo, ale wiem też, że można (i przede wszystkim warto) dać Julii możliwość zabicia kawałka swojego czasu. Słuchałam tej płyty dwa miesiące, po kawałku, z przerwami, na shuffle i nie; marzły moje słuchawki na mrozie, a jak umrę kiedyś na zawał, to na pewno w grudniu. Ale odczepmy się ode mnie – niech was to ruszy, ta niebezużyteczna przyjemność, chociaż raz. Nawet pustka znajdzie tu swoje miejsce. Po prostu odpal. Gdyby wszystko byłoby tak proste jak to, byłoby dobrze, ale no.

Adela Kiszka    
20 grudnia 2018
BIEŻĄCE
Tame Impala"Patience"
Porcys: Equalizer #4