RECENZJE

José James
Blackmagic

2010, Brownswood 6.5

ŁK: Spokojny rejs po czekoladowej nu-soulowo-jazzowej rzece, podczas którego pasażerowie czasami przypominają sobie o otaczającej ich metropolii przyszłości (np. Flying Lotus tu produkuje). Uwodzicielska i subtelna wokalistyka artysty o miodowym głosie to rzecz tu oczywiście dominująca, ale najciekawszy moment przychodzi, kiedy James odsłania swoją stronę wojownika a nie kochanka w utworze zatytułowanym... "Warrior". Pospinany, przekofeinowany rytm i urywane pianino stanowią zaskakująco niepokojące tło dla szamańskich zaklęć wokalisty. Reszta to jednak też nie żadna retro nostalgia – "Code" i "Made For Love" są wyraźnie dzisiejsze, słuchane z uwagą odkrywają swoje glitch-hopowe ornamenty. Piosenki na Blackmagic, mimo słodkości i przystępności dla waszych rodziców, przestrzelone są zaskakującą melancholią. Mimo, że chwilami wydają się zbyt podobne i usypiają czujność słuchacza, zawsze skrywają jakieś drugie dno, albo przynajmniej są zwyczajnie bardzo ładne.

JB: Gdzieś wyczytałem (nie wiem, może to był zarzut), że Blackmagic to taki (wokalny) jazz dla generacji wychowanej na hip-hopie. Cóż, najwidoczniej się wpisuję, bo nie dość, że całość mnie przekonuje to jeszcze największe wrażenie robią na mnie kawałki nagrane na spółkę z Flying Lotusem. "Code", "Made For Love", "Blackmagic" mogą intrygować nowoczesnymi akcentami a z drugiej strony wciąż czapkują tradycji, którą symbolizuje tutaj na każdym kroku (a raczej w każdym słowie) Jose James. Mentolowe szlugi, ulice Nowego Orleanu i pełen wachlarz: od Billie Holiday i Marvina Gay'a po D'Angelo i Maxwella. Owszem, czasem nudnawo, ale ogólnie to gładkość, ciepło i ukojenie każą wynająć całość na tydzień z góry, godząc się na wspólną łazienkę z fanami Chilli Zet. Chociaż może przesadzam, bo jeśli "Bonus Track" jest raczej sentymentem niż prognostykiem to przyszłość daje nadzieje na więcej. A póki co mamy klasowy album i elegancki clip, który łatwo zinterpretować Merrittem: "It's all black and white / Without the white".

RG: Blackmagic to płyta wypełniona zagęszczonym jazzo-soulem z moimi ulubionymi podkładami marca. Zgrabnie połączy twojego kolegę ze studiów, mamę (właśnie moja pochwaliła, że ładne i chce), największych nudziarzy świata, nienudziarzy świata, snoba, kolejną tragiczną ofiarę hype'u blogosfery, Krzysztofa Vargę, wszystkich. To moja ulubiona kategoria (że dobra muzyka i że dla każdego), więc zachwycam się totalnie. Kolegów wyżej już cała sytuacja skusiła to używania gibkich słów, to ja się ograniczę do potwierdzenia i podkreślenia: początek płyty – total omajgad, "Warrior" też, "Detroit Loveletter" jednak bez słówka "total", ale omajgad zostaje i tak przez cały album.

KB: Ktoś mnie tu nadpisał, a że muszę lecieć na pociąg, więc naprawdę krótko. Sympatyczna nu-soulowa płyta z dobrym openerem i przymulonym zakończeniem. Trochę za słabo słychać Flying Lotusa. Nic nieprzyjemnego w odbiorze, ale też brak większych wrażeń – dopracowane, gładkie i niestety trochę nudne. Muzyka grudnia, nie marca.

Jan Błaszczak     Kamil Babacz     Łukasz Konatowicz     Ryszard Gawroński    
5 marca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja