RECENZJE

Jorge Elbrecht
Here Lies

2018, self-released 7.7

"Weirdly enough, it's almost ignored" – Ned Raggett, Focus: Depeche Mode's Music For the Masses Revisited

Weirdly enough. No cóż, część winy w przypadku Jorge Elbrechta leży po stronie samego artysty, który od zawsze testuje zdolność alt-popkultury do absorbowania zjawisk leżących poza jej strefą komfortu, nieustannie się z nią drażniąc. Dla alt-popkultury jest to typ męczący i niewygodny. Nieszczególnie przejęły ją albumy Lansing-Dreiden (choć powinny, przecież ubiegła dekada nie obfitowała w aż tak wiele ciekaaaaaaaawszych zjawisk, by dla gromady dziwnych, skrytych ludzi z ich wielowymiarową muzyką musiało w jej rdzeniu braknąć miejsca, nieprawdaż?). Przy okazji Violens alt-popkultura zastrzygła z ciekawością uszami, to już było jej nieco bliższe i lepiej trafiło w moment dziejowy, ale nieźle przyjęta True, płyta, która mogła Elbrechta wywindować do major league nie doczekała się właściwego następcy. Alt-popkultura nie słynie z cierpliwości. Sam Elbrecht nie mizdrzył się, nie aspirował do roli jej pieszczocha, choć dzierżył w ręku wszystkie atrybuty, jakie powinien posiadać indie darling – bezbłędne ucho do melodii, mistrzowskie pióro do pisania przebojowych piosenek, ogromną muzyczną erudycję, wreszcie wyjątkową osobowość artystyczną, indywidualizm, manifestujący się konsekwentnie w każdym z wcieleń, jakie przybierał. Zamiast jednak podążać wygodnym szlakiem i regularnie dostarczać krytyce albumy, o których wystarczyłoby napisać, że (uhh, najgorsza klisza) "zaczynają się tam, gdzie kończyły się poprzednie", rozdrabniał się, powoływał mikroprojekty (Gloss Coma, Presentable Corpse, Coral Cross, Remynys, których całkowicie odmienne stylistki składają się na bujny krajobraz Here Lies). Eksperymentalne formy życia, skazane w momencie narodzin na krótkotrwałość.

W międzyczasie przypominał się alt-popkulturze nagrywając duety z Arielem Pinkiem. Ile było w tym wyrafinowania, twórczego ADHD, ile wreszcie nieśmiałości, która, jako usprawiedliwienie enigmy, pojawiła się już przy okazji Lansing-Dreiden, wie pewnie tylko on sam. Cóż, ja to szanuję, to nawet fascynujące, w najprostszy sposób zmusza bowiem odbiorcę do stałego definiowania obrazu artysty na nowo, jest w tym również wiele naturalnego, niezaprzeczalnego uroku. Ale kiedy Jorge Elbrecht wydaje w roku 2018 album sygnowany własnym nazwiskiem, sumę wszystkich swoich inkarnacji, opus vitae, retrospektywę kilkunastu lat, w czasie których nie nagrał słabej płyty, gdy przedstawia światu swój, być może, najbardziej przebojowy, najsilniej osadzony w alt-popkulturze materiał, skrzący się parafrazami, inteligentnymi odwołaniami, gdy przemawia zdaniami wielokrotnie złożonymi w czytelny i przejrzysty sposób, alt-popkultura już sobie z Elbrechtem nie radzi, wymownie milczy. Here Lies miała premierę w końcówce lutego, mamy połowę marca. Zajrzyjcie na Metacritic i Album Of The Year, by zobaczyć, ile serwisów muzycznych wypowiedziało się w tej sprawie.

(Miałem kiedyś znajomego, który nie potrzebował żadnych recenzji, by się zorientować, czy płyta jest dobra, czy nie. Jego probierzem jakości była liczba seedów na torrentach. Coś jak Konwicki, który mówił, że wystarczy mu wiedzieć, czy w kinie boli go dupa, by stwierdzić, że film jest zły. Dwanaście lat temu mnie to bawiło. Dziś? Dziś miałbym przekonywać kogokolwiek, że album, który krytycy wybrali płytą roku 2017 jest w istocie najciekawszym i najbardziej wartościowym wydawnictwem roku 2017? Dajcie spokój).

Niezależnie zatem od tego, jaki werdykt wydadzą w końcu mniej lub bardziej uznane ośrodki opinii, Elbrecht uświadomił mi, że jest – w moich oczach – najbardziej fascynującym twórcą muzyki (a zatem wykonawcą, autorem, producentem) naszych czasów. Jest on również nieodrodnym dzieckiem swojej epoki, ery nieustannego przetwarzania starych wynalazków, kolekcjonerem archetypów, mistrzem gustownej i kunsztownej gry wzorcami, jednocześnie wzory te układającym w dzieła wybitnie naznaczone piętnem własnej osobowości. Być może to właśnie erudycja twórcy sprawia, że słuchając Here Lies, można odnieść wrażenie przebywania na którymś z kanonicznych albumów muzyki pop, przeżyć uczucie surfingu po powierzchni listy z najlepszymi płytami ostatnich pięciu dekad. A jednocześnie niewytarte, nienaruszone w procesie łapczywego chłonięcia historii muzyki twórcze "ja" Elbrechta, które dominuje nad każdym utworem, pozwala odczuwać łączność ze wszystkimi etapami jego podróży.

Nie brakuje tu zaskoczeń, tych jest aż nadto. Zaskakuje gwałtowność, z jaką rozpoczyna się "Endless Fire", mknący w oszałamiającym tempie po lodowatych, syntezatorowych kryształkach z apteczki doktora Morodera, przyprawiających o zawrót głowy, który rozproszą w utworze tytułowym natchnione wokalizy, wyczytane z chorałów dalekiej przyszłości, tęsknym echem odbijające partie wokalne Brendana Perry'ego, równoważone w refrenie umiarkowaniem i chłodem Tamaryn. Nad "Undiscerning Masses" unosi się podpatrzony u Kraftwerk i OMD matematyczny liryzm, "Guillotine", z gościnnym udziałem Geneva Jacuzzi, odsyła do Black Celebration i Songs From The Big Chair, "Flesh to Ash", utrzymując intensywność i pulsację poprzednich nagrań, prowadzi słuchacza na zajęcia z new age'owych medytacji. I kiedy wydaje się, że tego wszystkiego jest już zbyt wiele, synthpopowa część albumu nagle się urywa, do gry wchodzi słodka, prefabowska ballada "Words Never Fail to Fail", mrugająca niepostrzeżenie w kierunku Pet Shop Boys. W tym momencie pękam, nie ma mnie, leżę porozbijany na kawałki. Oto piosenka moich marzeń, piosenka, którą zamawiałbym w radiu w latach 80., hit wolnych tańców na dyskotekach w czasach, gdy byłem za mały na dyskoteki. To właśnie ten pop, z którego jestem, który czyni mnie szczęśliwym.

Nie wiem, jak pisze się takie piosenki, jak to w ogóle jest możliwe, nie potrafię powiedzieć, który mamy rok, wokół czuję jedynie zapach wiosennego wieczoru i chcę pozostać tu na zawsze. A to dopiero początek najmocniejszej odsłony Here Lies, w tym miejscu album osiąga zawrotną prędkość i rozpoczyna się opętańczy bieg przez gitarowe stylistyki. "Wash Away With The Rain" jest, być może, najlepszą piosenką Violens, której nie nagrali Violens, bezbłędnym, bezczelnie boskim dream popem na kofeinowym haju, "Rainbow Skies" cofa czas do drugiej dekady lat 60., byrdsowska psychodelia przegląda się w kwaśnym kalejdoskopie, zaburza grawitację i czasoprzestrzeń, wyzwalając potężne uczucie nostalgii, gdy na niebie rozpościerają się rozkosznie pastelowe plamy "Some Velvet Morning". "Mirror" droczy się za słuchaczem, nerwowo balansując między podszytym romantycznym oniryzmem post-punkiem i nagłymi, metalowymi wybuchami. "That Will Slowly Unwind" brzmi jak zagubione nagranie ze Strawberry Wine, zaś "I Thee Wed" z wokalem Sasami Ashworth prowadzi do Roadhouse, na napisy końcowe któregoś z odcinków ostatniej serii Twin Peaks. Na finał serwuje Elbrecht soft-blackmetalowe monstrum "Ceaseless Gorestreams Paint The Land", pozostawiając słuchacza w kompletnym osłupieniu, spragnionego kolejnego odsłuchu, w oczekiwaniu na ciąg dalszy.

Tak silny rozstrzał gatunkowy nie sprzyja oczywiście albumowej spójności. Chwilami można ulec wrażeniu, że mamy tu do czynienia z superprodukcją, której twórcy postanowili zmieścić w scenariuszu każdy pomysł, naszpikować obraz tyloma atrakcjami, by widz nie nadążał z ich świadomym rejestrowaniem, nie miał w trakcie seansu szansy na analizę, wrzucony w rozpędzony wir twistów, efektów specjalnych, wybuchów, mikro i makroprzyjemności. Wielu odbiorców, przyzwyczajonych do lektury dzieł ułożonych, oszczędniejszych w formie i treści, może przy obcowaniu z Here Lies odczuwać przesyt. No cóż, ja także wolę Empire Strikes Back od The Last Jedi, ale nie będę ukrywał, że bawiłem się na The Last Jedi doskonale. Oczywiście, wkraczających dopiero do niesamowitego świata Jorge Elbrechta skierowałbym najpierw do Lansing-Dreiden i Violens, ale nic się nie stanie, jeśli na początku znajomości z tym dziwnym, fascynującym twórcą posłuchacie Here Lies. Album ten wykracza bowiem poza katalog autora, stając się świeżym głosem w kwestii współczesnego popu, odbieranego na poziomie pojedynczych piosenek, wywodzących się często z zupełnie nieprzystających do siebie estetyk, czasów, kultur i przestrzeni geograficznych. Elbrecht przenosi nasz współczesny sposób słuchania muzyki – coraz częściej skrótowy, niekoherentny, oparty na zmieniających się gwałtownie emocjach i potrzebach, gdzie Nicki Minaj może sąsiadować na playliście z Genesis – do klasycznego formatu płyty, bliższej, być może, DJ-skiemu miksowi, lecz nadal płyty. Iście diabelskim posunięciem jest nadanie Here Lies ram albumu koncepcyjnego, którego zamysł zasadza się właśnie na ucieczce przed apatią i rozczarowaniem przez otoczenie w wielowymiarowość twórczego chaosu.

Kto wie, być może gdzieś w równoległym wszechświecie wyjątkowo udane podsumowanie długiego etapu w twórczości Elbrechta, swoiste the best of, ugruntowujące jego rolę i znaczenie na współczesnej scenie muzycznej, przekuwa się właśnie w bilet do mainstreamu, a świat zamiera w oczekiwaniu na owoce wyobraźni, kompozytorskich umiejętności i charyzmatycznego szaleństwa. Kto mi zabroni pomarzyć?

Weirdly enough, he's almost ignored.

Piotr Gołąb    
19 marca 2018
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie