RECENZJE

Jónsi
Go

2010, XL 3.7

BD: Okej, oficjalnie przestaję dawać szansę projektom Jónsiego. Ta płyta to farsa. Najgorsze co jest w patosie i najgorsze, co jest w cipieniu się, zebrane razem. Przelewające się, mdłe, łzawe i oparte na maksymalnie oczywistych zwrotach akordowych impresje, w których coś takiego, jak "treść" nie istnieje. Dekadę po Byrjun typ nie umie zrobić ani kroku w bok. A "Tornado" to jakby jego islandzki cover "How To Disappear". Rezultat wymyślcie se sami.

RG: Jónsi przez tę dekadę przeszedł smutną drogę, z artysty wywołującego emocje, zachwyty i strzelanie maksymalnymi ocenami do pozycji kolesia, którego inspiracje słychać jak na dłoni, a dodatkowo chce się używać w stosunku do niego tych okropnych słów jakich człowiek nauczył się na matematyce: constans (bo ciągle jest podobnie, tylko gorzej), promil (wyraża zainteresowanie ludzi z sensownymi uszami do całego projektu), miejsce zerowa (tam, gdzie to Jónsi trafi jeżeli się nie pozbiera) czy wzory skróconego mnożenia (zaraz zacznę z nudów wymyślać własne). Dla mnie płytka nie osiąga jeszcze tych niskich poziomych trójkowych jak u Borysa, ale, ale, ale, no, srogo nie wywołuje u mnie żadnych emocji.

JM: No, także i tytuł wybrał Jónsi najmniej adekwatny do treści płyty. Bo zmieniają się kolejne numery tracków i upływa czas przybliżający nas do kolejnej erupcji krateru, tymczasem w eterze jednostajny szum. Szum fruwających wróżek, podniesionych w górę rąk, gestów przyjaźni, bawiących się dzieci, śpiewających ptaszków, Dody idącej za rękę z Nergalem. No, nie do wytrzymania. Swoją drogą wzniośle-radosny nastrój dobrze pasuje do telewizyjnej promocji nowej oferty sieci telefonii komórkowej – i w takiej formie to spoko, reklamy rzadko trwają dłużej niż trzydzieści sekund.

JB: Nie można całe życie grać niewinnego chłopczyka, cieszącego się kłębiastym obłoczkiem, górskim strumieniem i bursztynowym świerzopem. To jest można, jeśli chce się zanudzać/irytować/mieć fanklub w każdym gimnazjum. Jónsi tym bardziej powinien urozmaicać swoje kompozycje, że jego barwa i sposób śpiewania są na tyle charakterystyczne, że w przypadku braku ewolucji nagrań rodzi się pytanie czy to aby nie zbiór odrzutów z płyt poprzednich. Niestety tak się nie dzieje i Go nie zaskakuje ani na moment, oferując, doskonale nam znane, smyczkowe aranże, z których wyłania się w końcu jednostajny perkusyjny zryw. Momenty o bardziej piosenkowej strukturze typu "Around Us" wypadają niestety karykaturalnie i prowadzą do konstatacji, że kurczowe trzymanie się post-rockowego wzorca jest, póki co, najbezpieczniejszą opcją. Z północnej neurozy, chwytającego za gardło liryzmu i artystycznej odwagi wczesnych dokonań Sigur Ros nie pozostał ślad. Z lekkim smutkiem, choć bynajmniej nie ze zdziwieniem, muszę podsumować, że nie jestem na Takk – jestem na Von.

Aby jednak być fair z samym sobą, muszę na koniec podziękować Jónsiemu za to, że dopiero niedawno przerzucił się na angielski. Nie jestem pewien czy nawet jako nastolatek byłbym w stanie się tak podjarać płytą o muchach, elfach i łososiach. Boże błogosław ignorancję!

Jan Błaszczak     Jędrzej Michalak     Ryszard Gawroński     Borys Dejnarowicz    
4 maja 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie