RECENZJE

Joker
The Vision

2011, 4AD 4.9

Dwa lata temu, w momencie gdy fala hype’u na której płynął osiągała właśnie swoją amplitudę, bohater niniejszej recenzji wyraził w pewnym wywiadzie obawę dotyczącą swojego, wówczas dopiero majaczącego na horyzoncie, longpleja. Otóż Joker, bo o nim przecież mowa, zaniepokojony był ewentualną perspektywą braku zrozumienia, jaki słuchacze mogli okazać w stosunku do jego, jeszcze czysto hipotetycznej, debiutanckiej płyty. Dlaczego? Ano z tego względu, iż nadchodzący album mógł się okazać dla nich najzwyczajniej w świecie... zbyt futurystyczny. Nie powinniście się więc zbytnio dziwić, że kiedy udało mi się położyć swoje ręce na The Vision, oczekiwałem szoku przyszłości niczym u Alvina Tofflera. W głowie miałem takie tracki jak "Play Doe" czy "Purple City", którym na przełomie lat 2008/2009 udawało się prostować skoliozy krzywionego przez coraz bardziej prostackie wobble dubstepu, przy zachowaniu całego imprezowego potencjału gatunku. Mocno liczyłem na to że i w 2011 autorska wizja bristolczyka sprawi, że się zajaram. Nie bez dreszczu podekscytowania klikałem "play" po raz pierwszy. Ostatecznie mowa była o typie od "Digidesign". TEGO "Digidesign".

"Czekaliśmy na ten moment i co? Czekaliśmy na ten moment i chuj" – ten cytat z Roszji i Jota wydaje się być najbardziej adekwatny do moich przemyśleń na temat debiutu Brytyjczyka. Zapowiadany future shock okazał się żartem, w dodatku niespecjalnie udanym. The Vision to wręcz krok wstecz, do roku 2008, skoro muzykę przyszłości mają reprezentować tutaj zapożyczenia z tak świeżych produkcji jak "My Love". Ryzykowny numer z dosłownym cytowaniem Timbalanda co prawda udało się już kiedyś Jokerowi z powodzeniem odstawić w końcówce "Stash", ale babranie się w tej samej rzece dwa lata później przy okazji megaprzeciętnego "On my mind" zakrawa na głupotę. Właściwie trudno znaleźć na The Vision coś, czego nie słyszelibyśmy wcześniej. Przez większość czasu Joker bądź powtarza swoje stare patenty, bądź też zmiękcza brzmienie zapraszając wokalistów (lub wklejając sample dziecięcych chórków - nie zważając na to, że chyba ostatnimi, którym wyszło to na zdrowie byli Justice). Nawiasem mówiąc, wybieg ten, powszechny w przypadku producentów elektroniki przymierzających się do długograjów, bitom Jokera zdaje się wychodzić bokiem. Odsuńmy jednak na bok kwestię niespełnionych obietnic – to zaledwie część mojego problemu z debiutem bristolczyka.

Sytuacja bowiem robi się poważna, kiedy uświadomimy sobie, co dotychczas było siłą kawałków Jokera, a czego deficyty spychają The Vision w odmęty przeciętności. Otóż bristolczyk miał zawsze ucho do dobrych melodii - wielowarstwowych, pokomplikowanych, a zarazem przystępnych w stopniu, który właściwie pozwalałby mu komponować na spółę z Sufjanem. Tutaj tych melodii mamy właściwie jak na lekarstwo – miejsce po nich najczęściej zajmuje wokal zaproszonych gości, z reguły nie wybijających się poza przeciętność. Notabene słaba chemia między wokalistami a Jokerem dziwi, jeśli przypomnieć sobie przekozackie remiksy Simian Mobile Disco popełnione swego czasu przez Brytyjczyka. Kiedy indziej znów dostajemy proste, mało satysfakcjonujące dropy, w rodzaju tego z "Tron". Nie znaczy to, że Joker przestał nagle potrafić sklecić dobry temat, o czym przekonuje choćby "My Trance Girl" – no ale gdzie tu start do takich kawałków jak "4" czy "Solid State"? Podobnie w kategoriach pastiszu soundtracków z gier "Level 6" nie umywa się zupełnie do "Retro Racer". Inną kwestią jest często zawodzący na przestrzeni płyty zmysł estetyczny Jokera – kiedy chce być klimatyczny, w jego kawałki wkrada się plastik właściwy raczej ostatnim poczynaniom Skreama, współpraca z którym bristolczykowi raczej nie mogła wyjść na zdrowie. Wyraźnie widać, że podobnie jak jego starszego kolegę, Jokera nachodzi momentami ochota na robienie elektronicznych hymnów, ale jest jedno "ale" – hymny z reguły obdarte są z funku, a cóż innego konstytuowało zajebistość "Purple City"? Tutaj mamy z kolei drętwe "Slaughter House", rozpaczliwie ratowane przez końcowy motyw syntezatora. W perspektywie całej płyty widać, że ciężkim rytmom Jokera brak swingu i polotu, które prezentował jakiś czas temu jego ziomek Guido, w związku z czym słuchanie The Vision przypomina czasem słuchanie przetaczającego się czołgu, co chyba stanowi jedyny związek debiutu bristolczyka z futuryzmem, choć raczej tym w wydaniu Marinettiego

Faktem pozostaje jednak, że odsłuchu The Vision nie zakończyłem ze łzami w oczach względnie z głową w piekarniku, co mogłoby wynikać z dotychczasowego stężenia krytyki. Zapominając o oczekiwaniach można debiutu bristolczyka można słuchać bez większego skrzywienia, a nawet doceniając kawałki w rodzaju porządnego grime’owego bangera "Back in The Days" czy odprężającego "The Magic Causeway", nagranego na spółkę z Ginzem, na współpracy z którym Joker wychodzi chyba summa summarum lepiej niż na solowych projektach. Problem tkwi w tym, że nazywanie swojego brzmienia "purple sound" zobowiązuje. Purpura jest kolorem królów, tymczasem po The Vision widać, że król jest nagi.

Marcin Sonnenberg    
3 listopada 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie