RECENZJE

Johnny Jewel
Digital Rain

2018, Italians Do It Better 5.7

Powiedzmy sobie coś szczerze. Kolejne solowe projekty Johnny'ego Jewela pozostawiają po sobie nieznośną gorycz i nie inaczej jest w przypadku Digital Rain. To uczucie rozczarowania nie wiąże się jednak z poziomem artystycznym wspomnianych przedsięwzięć, a raczej kontekstem ich powstawania. No bo jak tu celebrować ambientowy eskapizm nowego ulubieńca Davida Lyncha, kiedy on sam ignoruje potrzeby wygłodniałych fanów jego macierzystej formacji Chromatics? Oczywiście, trzeba być chyba głuchym, aby nie docenić potencjału wszystkich tych pobocznych inicjatyw, ale z drugiej strony ocenianie ich bez choćby odrobiny niechęci to rzecz niemożliwa. Tak więc, zanim zaczniecie czytać tę recenzję, musicie wiedzieć, iż jest ona skażona moim prywatnym rozżaleniem, a nawet szczyptą starej, dobrej fanowskiej frustracji.

Z tym longplayem jest trochę jak z prozą Becketta albo reżyserskimi próbami Seana Penna. Kolekcja dziewiętnastu miniatur funkcjonuje na zasadzie słodkiej przekąski, która jednak nie wywołuje długotrwałej, smakowej ekstazy. Ta przystawka wypada blado w porównaniu z najsłynniejszymi daniami serwowanymi przez szefa kuchni (na szczęście pewną rękę mistrza widać nawet w tak mało wyrafinowanej potrawie, więc nie musimy obawiać się nagłego ataku zgagi). Wybaczcie te kulinarne metafory, ale struktura albumu od razu skojarzyła mi się z czymś w rodzaju muzycznego fast-foodu. Krótkie, łatwe do przyswojenia impresje, szybko znalazły drogę do mojej jaźni, ale również błyskawicznie z niej wyparowały. Cyfrowy deszcz bardziej przypomina chwilową mżawkę niż potężną ulewę, generującą porządną klęskę żywiołową.

Współautor kultowego Night Drive stworzył dzieło pełne paradoksów, którego największe zalety są równocześnie wadami. Tak jak w tym filmie Cronenberga, poczciwy protagonista koegzystuje ze swoim nikczemnym bratem-bliźniakiem. Jednym z takich problematycznych elementów krążka jest jego monolityczna konstrukcja. Estetyczna jednolitość utworów z jednej strony zapewnia brzmieniowo spójny produkt, ale też rozmywa idiosynkratyczność konkretnych kompozycji. Ciężko mi powiedzieć cokolwiek o lepszych i słabszych momentach albumu, bo Jewel całkowicie zrezygnował z punktów kulminacyjnych, na rzecz płynnej narracji.

Recenzencką migrenę wywołuje także, patronująca projektowi, ścisła formuła czasowa ± dwie minuty. Mistrz landrynkowej elektroniki postanowił przygnieść odbiorców serią kreatywnych migawek, żeniących efekciarską "filmowość" z lenistwem autora. Digital Rain jest ścieżką dźwiękową odzwierciedlającą ostatnie poczynania Amerykanina. Pogrążony w aktywnej prokrastynacji twórca zajmuje się wypuszczaniem w świat niedopracowanych idei, zamiast wziąć na klatę ciężar dorobku Chromatics i dopisać do niego stosowny ciąg dalszy. Nie wiem jak Wy, ale ja już mam trochę dosyć repertuaru złożonego ze szkiców-pierdółek i zabiłbym za przemyślany, dopięty na ostatni guzik album od Johnny'ego.

Innym kłopotliwym komponentem płyty jest skrajna oszczędność wykorzystanych środków. Jewel postawił na dźwiękowy minimalizm, stawiający w świetle reflektorów przede wszystkim ładne, syntezatorowe melodie. Miłość do Vangelisa jest oczywiście niezwykle zaraźliwa, lecz temu urzekającemu hołdowi brakuje nuty szaleństwa, która zapewniłaby kilka wybojów na przewidywalnej trasie z Blade Runnera do Drive. Celowa redukcja twórczego arsenału skutecznie ochłodziła mój poziom ekscytacji podczas przesłuchiwania tego krążka.

Przyznaję to z bólem serca, ale nawet w kategorii "solowe widzimisię autora", nie mogę ustawićDigital Rain na podium. Nieważne czy przymrużę oczy albo użyję lupy – wciąż widzę to samo, a mianowicie powtórzenie pomysłów z Windswept, czy soundtracku do Lost River. O ile w przypadku poprzednich, indywidualnych dokonań mieliśmy do czynienia z intrygującymi eksperymentami, tak tym razem dostajemy jedynie poprawny recykling, pachnący nieświeżą retrospekcją.

Johnny! Mordo Ty moja! Weź się chłopie za siebie i przypomnij sobie, jak to jest być synth-popowym Mozartem. Pamiętasz, jak dekadę temu skradłeś nam wszystkim serca? Jeśli rzeczywiście pamiętasz, to na pewno wiesz, że chcemy tamtego gościa z powrotem. A wiesz, co jest najgorsze? To, że będziemy czekać, nawet jakby to miało trwać w nieskończoność.

Łukasz Krajnik    
19 lutego 2018
BIEŻĄCE
ObjektCocoon Crush
1975A Brief Inquiry Into Online Relationships