RECENZJE

John Talabot
ƒIN

2012, Permanent Vacation 6.9

John Talabot jest dla mnie muzycznym wcieleniem Eugenio Barby. Sam jest swoim Odin Teatret, a jego nazwisko to nic innego jak tytuł spektaklu. Nie pamiętam szczegółów akcji, ale zapadły mi w pamięć moje własne wrażenia. Poczucie, że mam do czynienia z czymś dziwnym, nietypowym, wymykającym się klasyfikacjom i ramom interpretacyjnym. Myśl, że z tego spektaklu wprost wylewa się wpływ kultury, że to raczej badanie terenowe niż kreacja sceniczna. A wszystko to zanurzone w niepokoju Kirsten Hastrup, antropologa i głównej bohaterki, która paradoksalnie z badacza staje się przedmiotem badania i dokonuje reorientacji swojej tożsamości. I jeszcze zapach ryb i piwa wypluwanego na jej twarz, niemal urzeczywistniony przez moją wyobraźnię.

Z pewnością nie zapamiętam szczegółów spektaklu, jakim jest ƒIN , ale w mojej pamięci już zagnieździły się wrażenia, które są mi znane, i których nie muszę katalogować osobno – hasło 'Talabot' mówi wszystko.

Pierwsza cecha charakterystyczna to wspomniane już wyobcowanie. John Talabot nie ukrywa w wywiadach, że z lubością tworzy sample z dźwiękowych freaków. Lubi eksperymentować i zmęczony monolitem elektronicznych produkcji tworzy na bazie analogów i surowej perkusji. Album jest prawdziwą rewią odmieńców dla uszu, od zacinających klawiszy w ''Depak Ine'', poprzez rozsypujące się, metaliczne kuleczki rtęci w ''Destiny'', piaszczystą chropowatość tekstury ''Oro Y Sangere'', aż po bliżej niezidentyfikowany, zdeformowany wokal w ''Missing You''. Nie sposób też wyróżnić tutaj jednego wiodącego gatunku. Wystarczy prześledzić wymienione utwory, aby zauważyć znamiona elektroniki czy deep house'u, nie mówiąc już o beztrosko trance'owym ''Estiu''.

Jeśli Katalończyk dokonywał badań terenowych by stworzyć swoją muzykę, to pewnie pływał latem w tym stawie niedaleko mojego domu, od którego dochodzi nocą rechot żab i nocne cykady. Albo wybrał się w podróż do jądra ciemności i zabłądził w dżungli. Wraz z nim w ''Depak Ine'' przedzieramy się przez mroczne pajęczyny strun i duszne pociągnięcia basu, słyszymy przestraszone kołatanie własnego serca, ale im dalej jesteśmy, tym większy ogarnia nas obłęd. ''El Oeste'' z kolei to przeprawa w karawanie beduinów przez pustynię, w której rozmywający się dźwięk fletu i pełne dysonansów tło są jak nietrwałe obrazy fatamorgany. Natomiast na nocne spacery po zatłoczonym arabskim miasteczku podczas Ramadanu wybieramy się słuchając ''Missing You''.

W odróżnieniu od swoich poprzednich plażowych singli – jak ''My Old School'' albo ''Sunshine'', Talabot decyduje się opatrzyć ƒIN ciemną atmosferą niepokoju. Nie brak oczywiście momentów tak słonecznych jak balearyczne ''Journeys'' z wokalem Ekhi, które oparte jest zdecydowanie na patencie „My Girls” Animal Collective. Sztandarowe dla ciemnej strony mocy jest ''Oro Y Sangere'', czyli ''Złoto i Krew'', które otwiera się skrzypiącymi drzwiami i konsekwentnie częstuje nas lekkimi bębnami i zamrażającymi wrzaskami. Talabot kreuje poczucie oddalenia muzyki, do której trzeba się przedrzeć przez chaotyczny natłok bodźców, a to wymaga sporego zaangażowania słuchacza.

Album wymyka się też, zgodnie z zamierzeniem Talabota, kontekstom czasowym – trudno powiedzieć, czy jakiś wpływ wywarły na niego lata 80te, 90te czy jakiekolwiek inne. Nie wiem, czy tej wypolerowanej produkcji bliżej jest do Jamesa Blake’a (pełne zapętleń ale i przyjemnie niezobowiązujące ''So Will Be Now…''), Twin Shadow (w ''H.O.R.S.E.'' jakby kolaborujący z Ilaną Eliyą), czy Depeche Mode (''When The Past Was Present''). Moje skojarzenia biegną raczej ku Julianowi Lynchowi z tytułu przyrodniczych sampli i Nillsowi Petterowi Molvaerowi, bowiem tylko Khmer dorównuje poziomem duchoty.

Wyróżniającymi się perełkami na płycie Hiszpana są zdecydowanie dwa kawałki. Singlowe ''Destiny'' z madryckim wokalem Pionala zaraża melancholijną melodią. Niedaleko mu do ''Lonely Souls'' UNKLE, ale nie sposób oprzeć się czekoladowemu głosowi i rytmowi. Zwłaszcza, że struktura utworu przygasa pod koniec, po to by zakończyć się całkowitym rozkwitem. Drugi mocny moment to otwierające się dorodnym akcentem nu-disco ''Last Land''. Zaśniedziały ciąg zagadkowych wokaliz i zacinającej się melodii spleciony jest w niejednolitą całość. Talabot wykorzystuje w pełni bogactwo powtarzalności i tworzy wariacje na jeden chwytliwy temat.

Pora na ƒIN - koniec czytania i do słuchania!

Monika Riegel    
20 lutego 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie