RECENZJE

John Maus
We Must Become The Pitiless Censors Of Ourselves

2011, Upset the Rhythm 6.6

Jakiś czas temu zaciekawiła mnie postać Johna Mausa, profesora filozofii na Uniwersytecie Hawajskim. Zanim oddał się pracy dydaktycznej studiował muzykę w znanej Cal Arts, gdzie bawił się z Arielem Pinkiem w kaseciaki i później współtworzył jego Haunted Graffiti. Napotkał na swej drodze również Noah Lennoxa czy Steviego Moore'a, ale nie wiedziałby nikt kto zacz, gdyby nie jego działalność solowa. Mnie swego czasu oczarował drugi w jego dorobku krążek, pochodzący z 2007 r. Love Is Real. Jego kolory blakną dziś w latarnianym świetle We Must Become Pitiless Censors Of Ourselves.

Podobnie jak w przypadku Arielowego Before Today produkcja tutaj nie jest już tak jednoznacznie lo-fi, zyskując na selektywności i przestrzenności brzmienia. Z drugiej strony nie jest tak organiczna i barwna, choć również zanotowała przechył w stronę złagodzonej piosenkowej formy. Maus w trzydziestu dwóch minutach muzyki pomieścił jedenaście samodzielnych utworów opartych na wyrazistych, repetycyjnych motywach, których miniaturowość, różnorodność i swoboda, z jaką przechodzą jeden w drugi, nie pozwalają się zanudzić. Oto jedna z tych płyt, która mija zaskakująco szybko.

Wspomniana przestrzenność brzmienia nie jest przypadkowa, albowiem odsyła do gotyckich inklinacji nowofalowego sztafażu, któremu pokłonił się nasz bohater. Zawiera się on w pojawiających się gęsto i często posępnych syntezatorowych pasażach. Czasem zamykają się w podniosłych uniesieniach kościelnego organisty. Innym razem, jak w "Streetlight" czy "Keep Pushing On", frywolnie obierają kurs na ulatujące w przestrzeń space disco. Niski tembr Mausa i tajemnicze atonalne wtręty budują klimat naiwnej wiary w duchy w szafie i pod łóżkiem, a w "Head For The Country" mają swój moment dzwony kościelne.

Sekcja oparła się na obowiązkowym prymitywnym brzmieniu elektrycznej perkusji i gdzieniegdzie, jak w "Matter Of Fact" czy "Quantum Leap", uwypuklonej na post-punkową modłę linii basu. "Hej – pomyślałem przy tym drugim – to jak nasze nieodżałowane Super Girl And Romantic Boys!" Ta konstatacja powróci jeszcze nie raz, bo tak mógł brzmieć ich pełnoprawny album, gdyby go tylko zdołali nagrać. Wszelkie wspomniane elementy składowe powracają ze zdwojoną siłą w finalnym "Believer".

Oczywiście cały ten pomysł ocieka programową powierzchownością w podejściu do mrocznych zakamarków duszy i zamiast głębi mamy podskórne noworomantyczne puszczanie oka. Uwikłanie w ideologię hipnagogicznego popu, która dekonstruuje powagę odniesień zapożyczonych patentów, dodatkowo wzmacnia ironiczny efekt. W konsekwencji otrzymujemy lekkostrawną półgodzinną kompilację tematów chillujących promieni słonecznych jak i przebijającego przez chmury zagadkowego księżyca.

Michał Hantke    
7 lipca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie