RECENZJE

John K.
THRU

2012, self-released 7.1

Znaczenie nowego – już trzeciego w tym roku – albumu Johna K. lokuje się niewątpliwie gdzieś pomiędzy ostatnimi rarytasami Johna Mausa, których nie chciało się słuchać, choć równie dobrze mogłoby się chcieć, a odpowiedzią na pytanie, czy w związku z trzema dobrymi piosenkami, zawartymi na Love At The Bottom Of The Sea Magnetic Fields, płytę z dysku usunąć, czy zostawić. Bezspornie dobry songwriter uderzał do tej pory regularnymi szóstkami, dając się poznać jako jeden z tych, co nabożeństwem towarzyszącym wypuszczaniu w świat wyczekiwanego materiału nie zawracają sobie szczególnie głowy. John K., Lil B. Ariel Pink, Robert Pollard – tradycja każe nam pamiętać tamte dni, w których niejeden z dobrze rokujących, zakreśliwszy słuszny obszar przestrzeni autobiograficznej kolejnymi dwuminutówkami, ogarnął się. Obserwując, czekaliśmy.

Szczęściem, pakt cierpliwych można zerwać. "Nastał czas, w którym nie wolno już zapowiadać, lecz trzeba dawać rzeczy mogące istnieć, mające chociażby pewne tylko prawa do istnienia. I jednocześnie coraz jaśniej występują wszystkie braki w przygotowaniu, wszystkie zaniedbania. Rozpacz jest rzeczą łatwiejszą niż spokojne i zimne spojrzenie na rzeczy tak, jak są one." Choć THRU nie jest z pewnością pomyślane jako płyta przełomowa, powiem: sprawdzam.

Impulsem prowadzącym do rewizji dorobku Johna była dla mnie konfrontacja z Tape Works, materiałem zarejestrowanym w 2007 roku. Otóż w ciągu pięciu lat, czy dwu, jeśli liczyć od pierwszej wzmianki na Porcys, podczas gdy trzymaliśmy gorliwie kciuki za coraz lepsze propozycje, nasz pupil nie poczynił większego progresu. Widzieliśmy to? Owszem. Komuś to przeszkadzało? Nieszczególnie. W sypialnianie tłumionej produkcji Wojtek rozpoznawał Prince'a, Radek – Talking Heads, Kacper – kolejne oblicze r'n'b. Każdy mógł poczuć się ukontentowany ujmująco mizernymi utworami, które nie mogąc funkcjonować samodzielnie, z konieczności natychmiast po samym byciu pomyślanymi zakorzeniały się siecią skojarzeń w popowej tradycji. W tych skromnych i operujących niezmiennie wąską gamą nastrojów kompozycjach można było usłyszeć bodaj wszystko, poza nimi samymi. Cokolwiek w życiu usłyszałeś w radiu, usłyszałeś u Johna. Jeśli szukałeś dowodu na istnienie kultu piosenki w pełnym tego słowa znaczeniu, tu go znalazłeś.

Platońska formuła: sympatię wobec hurtowo wypuszczanych ścieżek-wizerunków odżywiały tęsknota i pragnienie utworów pięknych, dobrych i prawdziwych. Lepiej wyprodukowanych, nie tak płaskich i repetytywnych. Satysfakcja sprzężona z poczuciem niedookreślonego braku gwarantowała ciągłość oczekiwania na choćby jeszcze jeden raz. Po kolejno powielanych kopiach Lost In The Beat – wymieńmy je: I've Disappeared; This Medicine; Another Minute; Dance Perfect; John & Co.; The Yearning wreszcie – John z THRU przybywa fałszywym pretendentem symulakru do tytułu króla obszaru songwritingu – obszaru, na którym spór Deborda z Baudrillardem lokuje się gdzieś między 6.5 dla John & Co. a 6.8 The Yearning. Mamy mieć mu to za złe? Owszem, jeśli boli prawda, że jedyny modus vivendi tych piosenek to blednący powidok ułomnych marzeń o melodiach, których nikt nigdy dla nas nie zagra.

Karolina Miszczak    
20 września 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie