RECENZJE

John K.
The Yearning / John & Co.

2012, self-released 6.8  /  6.1

John K. nie jest Janem Karskim, więc w centrum wydarzeń pewnie prędko nie zagości, ale kolejnej garści propsów nie sposób mu odmówić. Nadużyciem byłoby stwierdzenie, że śledzimy każdy kolejny krok tego gościa, ale o jego ostatnich dokonaniach możemy pisać niemal w samych superlatywach. Po wysłuchaniu tej obszernej ilości nowego materiału nie sądzę, aby w życiu Johna dokonała się jakaś rewolucja, ale chyba nikt o zdrowych zmysłach na to nie liczył. Gość wciąż "robi swoje" i jest to na tyle "dobra robota", że w dalszym ciągu warto te dokonania przybliżać.

Od naszych pierwszych kontaktów minęły ponad dwa lata, ale wydaje mi się, że u Johna wszystko po staremu – dalej nagrywa gdzieś po piwnicach, a zamiast profesjonalnych sesyjnych muzyków towarzyszą mu starzy znajomi. Dlatego amatorski charakter przedsięwzięcia dziwić nie może i kolejny raz za bardzo nie przeszkadza w odbiorze. Oczywiście, jak to często bywa w przypadku muzyki z pogranicza lo-fi r&b aż prosi się o rozważania, jak te utwory wyglądałyby po poddaniu ich profesjonalnej studyjnej obróbce. Wyobraźnia podpowiada mi, że takie "Everywhere Kisses" czy "No Dial Tone" to materiał na naprawdę "radiowe" single, które mogłyby bujać aż miło. A tak bujają tylko w trzeszczących głośnikach tych trzydziestu osób, które zdecydowały się posłuchać tego materiału – trudno, co zrobić, to nie pierwszy i nie ostatni raz, gdy mamy do czynienia z taką sytuacją. "New Universe" i "New Addition" też jadą na ujmujących melodiach i prostych patentach – nie potrafiłbym tego nie polubić nawet gdybym z jakichś względów chciał.

Choć obie płytki są do siebie bardzo podobne jeśli idzie o użyte środki wyrazu i klimat, to solówkę stawiam nieco wyżej ze względu na bardziej przebojowy charakter songwritingu i zwyczajnie ładniejsze melodie. To wciąż bardziej szkice niż dopracowane, wielowątkowe kompozycje, ale korzystanie z ograniczonej palety barw zdaje się Johnowi w ogóle nie przeszkadzać. Rzadko zahaczamy o kontrowersyjny wątek "szczerości w muzyce", ale akurat ten typ wydaje się być w swojej twórczości naturalny do bólu, nawet jeśli jego twórczość chwilami jawi się jako przykład świadomego zamykania się w ramach określonych songwriterskich sztuczek. I chociaż wciąż jestem rozczarowany jakością bieżącego roku w muzyce, to słuchając obu tych albumów na chwilę przenoszę się w dobre czasy jeszcze sprzed kilkunastu miesięcy. Nie wywraca to mojego świata do góry nogami, ale nic więcej w chwili obecnej mi nie trzeba.



Kacper Bartosiak    
12 czerwca 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja