RECENZJE

Joanna Newsom
Ys

2006, Drag City 7.3

Z tą płytą jest jak z oglądaniem przeze mnie niektórych filmów Lyncha, choćby Lost Highway czy Mulholland Drive przychodzą do głowy. Nic nie rozumiem, czuję się zagubiony, ale chłonę po kilka razy próbując zgłębić dzieło, zaanalizować, dojść do sedna, poznać tajemnicę, która gdzieś przecież na pewno musi się ukrywać. Truizmem będzie napisanie, że Ys swoją prawdziwą wartość odkrywa przed słuchaczem z każdym kolejnym przesłuchaniem. Jeszcze większą oczywistością będzie stwierdzenie, że to jeden z tych krążków, których najlepiej słucha się w samotności, w tym wypadku z pozłacaną wkładką i tekstami przed oczami, z głową wolną od jakichkolwiek spraw życia codziennego. Newsom wystawia słuchacza na próbę: dziś gdy coraz większa ilość osób rezygnuje ze słuchania całych płyt na rzecz wybranych utworów czy to z braku czasu, czy z powodów ideowych w ramach prostestu przeciwko coraz większej liczbie fillerów na wydawanych albumach Joanna nagrywa krążek, który wymaga od odbiorcy całkowitego oddania przez 56 minut. Ale naprawdę oddania, wiecie, a nie że tutaj rozmowa z kimś na GG, tam jakiś sms, potem wyjście na chwilę do kuchni po herbatę.

Loveless, This Is Hardcore, Ys – co łączy te trzy płyty poza ich niekwestionowaną wartością artystyczną? Każda z nich to najdroższe przedsięwzięcie labeli odpowiedzialnych za ich wydanie, odpowiednio Creation, Island i Drag City. Podobno dwa pierwsze albumy doprowadziły wytwórnie na skraj bankructwa, można więc mieć tylko nadzieję, że dolary (duuuużo dolarów) wydane przez chicagowski label na spełnienie każdej z zachcianek Joanny nie spowodują i w tym wypadku kłopotów z zamknięciem roku finansowego na plusie. Nie znam cennika, ale mniemam, że koszty małe nie były: legendarny Van Dyke Parks zajął się produkcją i dyrygowaniem oraz zaaranżowaniem orkiestry, Steve Albini nagraniem harfy i wokali, Jim O'Rourke zmiksowaniem materiału (no chyba, że wszyscy pracowali za darmo upajając się świadomością, że uczestniczą w nagrywaniu albumu, który będzie dla 2006 roku tym, czym dla 1968 było Astral Weeks), do końcowego rachunku trzeba jeszcze dodać mastering w Abbey Road Studios. Całe szczęście, iż fortuna wydana na Ys nie poszła na marne i że podczas premierowego odsłuchu albumu przez szefa Drag City Dana Koretzky'ego nie doszło do sytuacji podobnej do tej uwiecznionej w klasycznej scenie 24 Hour Party People, kiedy Wilson i wspólnicy przesłuchując album Happy Mondays nagrany za niebotyczną sumę na Barbados orientują się, że brakuje w nim pewnego istotnego elementu – tekstów śpiewanych przez Rydera. Na Ys liryków jednak pod dostatkiem, wkładka z tekstami wręcz sprawia swoją objętością pewne kłopoty powodując, iż po wymianie pudełka (ze względu na wyjątkowo nieznośne pęknięcie) nie mogę znaleźć nowego, które bez problemu mieściłoby opasłą książeczkę. Swoją drogą skoro już jesteśmy przy oprawie graficznej albumu – trudno znależć bardziej kiczowatą okładkę wśród tegorocznych wydawnictw. Na malarstwie nie znam się wprawdzie wcale, więc całkiem prawdopodobne, że Benjamin Vierling jest utalentowanym twórcą, ale zdecydowanie wolałbym zamiast jego obrazu jakieś przyjemne zdjęcie przyszłej pani Callahan, tym bardziej że od czasu debiutu trochę jej się wyładniało, chyba że mi się wydaje.

Tak jak wspominałem już w brudnopisie w krótkiej notce na temat EP-ki The Decemberists The Tain Meloy i reszta kompanii zanim po raz kolejny porwą się na nagrywanie suit w stylu "The Island" czy trzyczęściowego "The Crane Wife" powinni uważnie wsłuchać się w pięć długich form z Ys. Pozornie dzieje się w nich mniej niż w progrockowych próbach zespołu z Portland, ale siła nagrań Newsom tkwi w szczegółach, choćby w subtelnej trąbce z najdłuższego (prawie 17 minut) i jednocześnie najlepszego na płycie "Only Skin" czy w tej krótkiej chwili, kiedy do śpiewu Joanny dołącza jej chłopak, Bill Callahan (do niedawna nagrywający jako Smog), w tym samym utworze. Zresztą ilu słuchaczy, tyle zapewne ulubionych motywów, motywików z tego albumu - ja sam mam kilka w zależności od pory dnia i nocy, dziś na przykład stawiam na to, co dzieje się w finale drugiego utworu, mniej więcej od 7:11, z kolei wczoraj kilkukrotnie na repeacie leciały ostatnie 4 minuty wspomnianego "Only Skin". Młoda harfistka w przeciwieństwie do Meloya zdaje się więc rozumieć, że by zauroczyć słuchacza nie potrzeba wielu męczących zmian dynamiki czy stylistyki w obrębie jednego kawałka. I choć można udowadniać, że to w ostatnich piosenkach Decemberists "dzieje się" więcej, to jest to tak naprawdę tanie efekciarstwo, które przynajmniej mnie nudzi, nuży i odpycha zamiast przyciągać. Zupełnie inaczej niż w przypadku każdego z utworów na Ys. Czy będzie to jedyna piosenka nagrana bez orkiestry i dzięki temu najbardziej zbliżona do stylistyki The Milk-Eyed Mender "Sawdust & Diamonds", czy poświęcony siostrze Joanny opener, w którym Emily Newsom udziela się zresztą wokalnie – nuda i znużenie to jedne z tych słów, przy pomocy których nijak nie da się opisać tej fascynującej płyty. Przyznać muszę zresztą, że dawno nie czułem się tak bezradny szukając właściwych sformułowań do opisania muzyki, jak przy okazji tego albumu. Materializuje się tu pewien odwieczny problem: jak pisać o czymś, co jest nowatorskie i piękne nie popadając w grafomanię? To chyba tylko tacy "miszczowie" słowa pisanego, jak Paweł i Borys wiedzą, ja się poddaję.

Na drugim albumie Joanny ważną rolę odgrywają jej epickie teksty, ale to już temat na zupełnie inną rozprawkę, a może nawet pracę magisterską. Słusznie przypuszczacie, że jest to sprytny wybieg z mojej strony – w większości nie mam pojęcia co poetka miała na myśli, ale w ogóle mi to nie przeszkadza. Podobnie jak w wypadku nagrań Kate Bush czy Björk, tak i w przypadku tego albumu można traktować głos Newsom po prostu jako kolejny instrument, inna sprawa, że prawdopodobnie o najwspanialszym brzmieniu spośród wszystkich użytych przy nagrywaniu Ys.

Jeszcze drobny akcent lokalny na koniec i będę kończył, bo krótko miało być, a znów jakby nie całkiem wyszło. Wstępne doniesienia mówiły o tym, że to Joanna, a nie siostry Cassady wystąpi na czerwcowym koncercie organizowanym pod mylącym szyldem "Americana na Malcie". I choć Bianca z Sierrą zagrały wówczas najlepszy koncert ze wszystkich artystów, to i tak wypada żałować, że w ten ciepły letni wieczór na dziedzińcu poznańskiego Zamku nie dane nam było przedpremierowo posłuchać fragmentów Ys. Byłoby co wnukom opowiadać za kilkadziesiąt lat, kiedy to kolejne pokolenia będą tę płytę poznawać i doceniać jako jedno z nielicznych świadectw, że nawet w czasach, kiedy wszystko wydawało się już zagrane i zaśpiewane można było nagrać album, który brzmiał jak żaden inny przed nim.

Tomasz Waśko    
29 listopada 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie