RECENZJE

Joanna Newsom
Have One On Me

2010, Drag City 5.9

Awesome, Newsom, threesome. Wszyscy faceci Joanny.


W dzisiejszym wydaniu przedstawiamy mężczyzn, w których cieniu dojrzewała popularna ostatnio Joanna. Przed wami baśniowa historia "brzydkiego kaczątka", które okazało się łabędziem, po czym zapisało się do szkoły dla orłów i wszystko stało się jasne: łabędzie to nie orły. Cofnijmy się jednak o parę lat…

Dan Koretzky, Dan Osborn
Gdy Joanna, nieświadoma podniosłości chwili, wymieniała się karteczkami w swojej kalifornijskiej podstawówce, dwóch Danów zakładało w Chicago swój własny biznes. Jakkolwiek jakiej byliby aparycji, to trzeba im oddać – mieli skubańcy wyczucie. Podczas, gdy ich młodsze siostry nosiły koszulki z Kurtem Cobainem a brytyjskie kuzynki zachwycały się shoegazem, Koretzky i Osborn wydawali pierwsze EP-ki Pavement, pławili się w chicagowskiej awangardzie i dawali szanse mało zabawnym brodaczom pokroju Willa Oldhama. Tak jest, Drag City nie czekało na wielki boom country/folku/new weird America – oni w tym kotle już od dawna mieszali i co chwila podnosili temperaturę. Przejrzyjcie sobie katalog a potem zdecydujcie: czy to oni mieli szczęście, trafiając na Joannę, czy może odwrotnie. Fakt, Newsom jako produkt wypłynęła w najlepszym możliwym momencie, ale czy taki moment bez takiego O'Rourke by w ogóle nastąpił?

Jim O'Rourke
Wyciszony mędrzec, pedantyczny domator, który naczynia pozmywa, a z Sonic Youth pozamiata. Imponujący dorobek tego misia-indiesia (od awangardowych mindfucków pokroju Tamper po ubiegłoroczny The Visitor) ustępuje Himalajom, które niejednokrotnie zdobywał pod inną banderą: chicagowskiej awangardy (Gastr Del Sol), nowojorskiej alternatywy (Sonic Youth), neurotycznego country (Yankee Hotel Foxtrot), czy słodziuchnego indie-rocka (Come Pick Me Up). Najwidoczniej kiedyś, przy szóstym browarze, Joanna wypłakała mu się w ramię, ubolewając, że nigdy nie nagra zajebistego albumu z orkiestrą i w ogóle, co ten skwitował tylko prostym: "Eureka" (I nie chodziło mu wcale o tych Greków, tylko o pewien znakomity album), chwycił za telefon i wybrał numer:

Steve Albini
- Jim, kurwa człowieku, jest trzecia w nocy. Znowu się najebałeś?
- Obawiam się, że tak, bo nie wiem z kim gadam.
- Heh, to ja, Steve.
- Albini?
- Nie, kurwa, Buscemi! Co jest?
- Nic, nic. Mam tu taką laskę, ale to nie twoje klimaty. Nieważne.
- Czekaj, czekaj. Jeśli to rzeczywiście laska, to na pewno moje. Co gra?
- Wiesz, takie pierdoły trochę: Joni Mitchell, Kate Bush. Zero pierdolnięcia. Mówię, nie twoja branża.
- Jak to, kurwa, nie moja?! A kto robił Palace Brothers, Ninę Nastasię czy jakąś EP-kę dla Smoga, co? Coś za bardzo izolujesz tę lalunię, musi być niezła sztuka, hm?
- Steve, ale czekaj, ja już naprawdę widzę jak ten albumik będzie wymiatał. Tylko nie wiem, po co tam ty. Wpuścisz nas do studia, ustawisz wszystko na maxa i będziesz się gapił, tak?
- Yhm, i wyobrażał ją sobie w stroju gestapowca… No a coś ty myślał, przecież nie będę jej robił aranży, hehe.
- Spoko, spoko. Tym się zajmie ten Holender. Właśnie miałem do niego dzwonić, tylko nie pamiętam jak się nazywa. Zaraz, zaraz… Van Dyck? Van Der Saar? Jutro sprawdzę, jak wytrzeźwieje. W kontakcie.
- Nie zapomnij mu powiedzieć, żeby wziął trochę zioła.

Van Dyke Parks
Jak wiadomo (wiadomo?), nie żaden Holender, tylko stateczny ziom Briana Wilsona. Tak, tego Wilsona. Okazją zaś do skumplowania się było niekończące się nagrywanie Smile. Tak, tego Smile. Mówiąc oględnie, starszy pan nie musiał już niczego udowadniać a jednak wymyślił sobie, że na chwilkę przed emeryturą sobie jeszcze porządzi. W skrócie, odebrał telefon, powiedział, że mogą zaaranżować spotkanie (żart z branży aranży – przypomina JB) i ogarnął te trzydzieści osób, prowadząc orkiestrę przez momenty spektakularne, momenty zaskakujące zwrotami akcji i tempa, momenty przedrzeźniające wokalistkę i takie, które robią jej jakby wbrew. I wszystko pięknie, i wszystko by się zgadzało, gdyby nie jeden szkopuł: to nie O'Rourke zapoznał Newsom z Parksem, zrobił to…

Bill Callahan
Jak bardzo myliłeś się Tomku, pisząc o "przyszłej pani Callahan". Cóż, Bill znany jest z tego, że jest poetą kochanym przez kobiece serca i poetą przeklętym przez kobiece mózgi. Cat Power przynajmniej podlansowała się trochę, coverując "Bathysphere", Joannie został drobny featuring w "Only Skin" i przygnębiające inspiracje do Have One On Me. Rzeczywiście, wsłuchując się w teksty zawarte na trzecim krążku Newsom można odnieść wrażenie, że w swych lirycznych wyznaniach często dryfuje w stronę swojego ostatniego, niefortunnego związku. Zdecydowanie najmocniejszą tego próbkę stanowi zawarte na drugim dysku "Go Long". Zresztą, na bazie tego introwertycznego, bardzo intymnego utworu można wysnuć znacznie dalej idące wnioski. Przede wszystkim ten album jest, w jeszcze większym stopniu, podporządkowany opowiadanym historiom, zmierzając w kierunku uroczego audiobooka. Któż inny mógłby zresztą przejąć inicjatywę, wyważyć proporcje, skoro NIE MA tu ani O'Rourke, ani Parksa, ani Albiniego, ani (nawet) Callahana (sorry panie Francesconi, ale jeszcze za mało chleba pan zjadł na własny akapit). Minimalistyczne aranże poprzestają więc na rezonowaniu emocji wokalistki, a że ta nie szarżuje tak jak na Ys, to nastrój (nawet przy użyciu całej palety instrumentów) jest, zaskakująco wręcz, ospały. Koniec końców doprowadza to do sytuacji, w której najbardziej intrygującą częścią albumu są teksty ("Wolf-spider, crouch in your funnel nest / If I knew you, once / Now I know you less / In the sinking sand / Where we've come to rest / Have I had a hand in your loneliness?"), chociaż to też może być powodowane perspektywą pierwszego folkowego beefu od czasów "Sweet Home Alabama". Zwłaszcza, że pojedynek może być ekscytujący, odkąd Joanna ma silnego obrońcę w osobie…

Andy'ego Samberga.
Rewelacje z życia prywatnego gwiazd zazwyczaj nie prowadzą do przełomowych wniosków, ale tutaj zadowolą przynajmniej zwolenników teorii Yin i Yang: rozważna i romantyczna, dostojna i nudna artystka znajduje sobie sympatycznego wariata z telewizji i ostatecznie awansuje do ligi tzw. celebrytów (paparazzi, reklamówki, moda). W rzeczywistości ten sukces nie ma żadnej artystycznej podbudowy, ale tym akurat nie zaprzątałbym sobie głowy. Huczy mi w niej zaś gorzka konstatacja, że w 2006 roku brzydkie kaczątko okazało się łabędziem i zaczęło śpiewać - śpiew łabędzi.

Jan Błaszczak    
2 marca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie