RECENZJE

JJ72
I To Sky

2002, Lakota 5.1

Jestem cholernie wkurzony. Otrzymałem na parę dni egzemplarz nowej, drugiej płyty irlandzkich małolatów z JJ72, pod tytułem I To Sky. Przed oddaniem zamierzałem sobie rzecz przegrać na CDR. Po co? Żeby mieć, na pamiątkę, do kolekcji. (Niekoniecznie będę do tego albumu wracał, ale zawsze mieć warto.) No, jeśli takie tłumaczenie nie bardzo was przekonuje, to powiedzmy, że wchodząc w posiadanie kopii I To Sky, byłbym następnie w stanie przegrać jeszcze jedną kopię i wysłać ją redakcyjnemu koledze, w celu takim mianowicie, aby napisał on recenzję rzeczonego krążka. Takie były zresztą plany. Ale nie, dysk odmówił posłuszeństwa. Zachowywał się tak, jakby go w ogóle nie było. Komputer nie chciał go przeczytać. Patrzę, a na okładce widnieje: "Will not play on PC". Fuck. Firmy płytowe i artyści bronią się przed plagą CDRów. W efekcie I To Sky mam na kasecie, a tak nisko, żeby przesyłać recenzentom MCR, jeszcze nie upadłem. Stąd ta cała recenzja.


----- Original Message -----
From: Jędrzej
To: borys
Sent: Saturday, September 21, 2002 12:02 AM
Subject: Re: JJ72


>aha, byłbym zapomniał: jak tam twoje układy z grupą JJ72?

niezbyt mnie przekonują, mam ich debiut i trochę za mało od siebie
dodają na mój gust. a ten nowy singiel również kiepawy mi się wydaje...
w porównaniu do innych kapel (no jak choćby sp czy placebo) nie ma porównania, heh


Hehe. Że za mało dodają od siebie, to jasne. JJ72 są jedną z tych grup, które właściwie nic nie dodają. Tylko świeżość, polot, rodzaj młodzieńczego zaangażowania. To są dzieci jeszcze, więc pewne sprawy traktują nadzwyczaj poważnie. Czarna tonacja towarzyszy im nieustannie, zaczynając od okładki pierwszej płyty, przez preferowane kolory ubrań, na tematyce utworów kończąc. To tacy egzystencjaliści, naturalnie, jeśli można być egzystencjalistą mając dwadzieścia lat i sprzedając mnóstwo płyt na całym świecie! Załóżmy, że wzorowanie się na Mellon Collie And The Infinite Sadness, oraz Without You I'm Nothing jest cnotą bardziej, niż przewinieniem. Wtedy JJ72 czeka "po żywocie rajski przebyt". (Przepraszam wszystkich, ale jeszcze nie mogę się otrząsnąć po niedawnych zajęciach poświęconych "Bogurodzicy".)

Mówiąc o kiepawym singlu, znany w pobliskich rejonach redaktor Porcys (pseudonim "pogański chemik", dla przyjaciół "Ctrl+C Ctrl+V") miał na myśli kawałek "Formulae", który, zaiste, promuje I To Sky. Kłopot w tym, że o ile jak najbardziej jest on kiepawy, to jednak na tle reszty wręcz wyróżnia się swoją spójną melodyką. Pozostałe numery w większości gubią niemały wcale potencjał i prowadzą do nikąd, choć wierzę, że mogło być inaczej. Czar takiej muzyki, jednorodnej, monotonnej w wyrazie, powinien chyba tkwić w konkretnych piosenkach, a te niestety na I To Sky nie przekonują. Oczywiście, płyta potwierdza jakieś tam aspiracje grupy, ale wydaje się, jakby sympatyczna trójka z Dublinu za bardzo chciała coś osiągnąć, a tymczasem chęci pozostają chęciami.

Hej, to nie tak, że fanom JJ72 się I To Sky nie spodoba. Sądzę, że dla wielbicieli debiutu będzie to atrakcja – posłuchać czkającego głosu i drżących gitar Marka, równego basu Hillary i hipnotycznych bębnów Fergala. Brzmi całość bardzo porządnie – zasługa pewnie Flooda (produkcja) i Alana Mouldera (miks). No a raz na parę minut zdarzy się taka "7th Wave", naprawdę zajmująca próbka dużych możliwości tercetu. Ale ogólnie musiałbym powtórzyć za Michałem: "przeciętne granie". Kto wie, może JJ72 uwolnią się od wszechmocnych wpływów Smashing Pumpkins, Placebo i Nirvany. Może nagrają kiedyś wspaniały materiał. Zobaczymy. Na razie bardziej mnie jednak interesuje, dlaczego do cholery niektórym płytom wytwórnie zakładają blokady. Co to jest, kurde, "Ophrah Winfrey Show"?!

Borys Dejnarowicz    
14 października 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie