RECENZJE

Jesu & Sun Kil Moon
Jesu/Sun Kil Moon

2016, Caldo Verde 5.5

Nie mam absolutnie żadnego problemu z tym, iż Mark Kozelek poszukuje nowych płaszczyzn, na których to mógłby się spełniać muzycznie, a nawet aprobuję jego powolną metamorfozę objawiającą się w chęci doboru coraz to odważniejszych środków artystycznego wyrazu (czy może raczej w śmielszej selekcji współpracowników). Nie wadzi mi również fakt, że dzisiejszy Justin Broadrick żongluje nutowymi odpadkami z lat 2007-2013 i potwierdza tym samym tezę, jakoby "marazm" był od kilku wiosen drugim imieniem Jesu, gdyż wciąż robi to nadzwyczaj umiejętnie i krąży na orbicie dalekiej od kiczu. Dodatkowo pamiętam, jak cieszyłem się z premiery świetnego singla "America's Most Wanted Mark Kozelek And John Dillinger", a sporadycznie dostarczane nam doniesienia z frontu na swój sposób elektryzowały, bowiem na Jesu/Sun Kil Moon pojawić się miały wokale małżeństwa prowadzącego zasłużony slowcore’owy band z pogranicza wieków, Low, oraz szumnie zapowiadano wspólny utwór Kozelka, frontmana Modest Mouse i znanej z brytyjskiej kapeli Slowdive Reachel Goswell. Gdzie więc leży pies pogrzebany – dlaczego ten album nie był w stanie, mimo zdawałoby się nieortodoksyjnej jak na Marka koncepcji, zatrzeć złego wrażenia pozostawionego przez zeszłoroczne, ekstremalnie zachowawcze Universal Themes?

Mówiąc nieskomplikowanie, w iście żołnierskich słowach: na pewno spore rozczarowanie zafundowali nam przewijający się przez całą długość krążka goście. Głos Isaaca Brocka dobiegał gdzieś z ostatniej ławki, a wokalistka angielskich shoegaze’owców okazała się być tylko partią wspierającą w trzech indeksach na płycie. Wielka szkoda, bo mając w pamięci kilka ważnych wersów z UT traktujących o łączącej Amerykanina oraz założycielkę Mojave 3 przyjaźni, liczyłem na dłuższy i przede wszystkim pierwszoplanowy performance tej drugiej. I jeżeli oczywiście jesteśmy w stanie wybaczyć zmarnowany potencjał rzeczonych kolaboracji, tak mierzić powinien brak kompozycyjnej klamry, bo albumowi z całą pewnością odmówić należy spójności, i ważnej w trakcie snucia tak rozwlekłych opowiadań dynamiki. Dwie pierwsze, nieraz ocierające się o rozlazłe, smoliste riffy metalowego duetu Nadja, wyraźnie "gazingujące" piosenki nie współgrają z następującą po nich "Last Night I Rocked The Room Like Elvis And Had Them Laughing Like Richard Pryor". Ten niedorzecznie elektroniczny numer ratuje co prawda recytacja listu wystosowanego do Marka przez jednego z fanów (patent wykorzystany również jako outro "America's Most Wanted…"), którego treść poprzedzona jest całkiem zabawną humorystyczną wstawką: "He's now the co-writer of this song, his name is Victor and he's gonna get a song writers share, 25%". Z tym, że kiedy człowiek przestaje już się dusić i jego ciało opuszczają spazmy śmiechu, to jakby tego melanżu Boba Dylana oraz Boards of Canada było mało, Kozelek raz jeszcze próbuje "rapować" ponad matematycznym beatem z Twoism ("Father's Day"), by za pięć minut zmienić zdanie i znów wtoczyć się ze swoją narracją pomiędzy kolejne "pedalboard’owe" sekwencje. Warto również nadmienić, iż w międzyczasie lider Red House Painters decyduje się jeszcze sięgnąć po swoją wyposażoną w nylonowe struny gitarę i serwuje dobrze znaną, klasyczną melorecytację utrzymaną w konwencji Universal Themes ("Fragile"). Zmieniają się tylko podmioty i otoczenie.

Po zakończeniu obfitego w słowo listening party, trudno oprzeć się wrażeniu, że Jesu/Sun Kil Moon prezentowałoby się dużo lepiej gdyby całą lirykę osadzić w ryzach generycznego Jesu (vide "America's Most Wanted…", "Good Morning My Love", "Carondelet" oraz na przykład"A Song Of Shadows") i zrezygnować z niezrozumiałej "elektronizacji" ("Beautiful You", czy "Exodus"), bo takie rozwiązanie, jak słychać, prowokuje niecodzienną we współczesnej twórczości reprezentanta Ohio wokalną ekspresję. Skoro nie możemy spodziewać się wolty na polu tekstowym i lidera Sun Kil Moon dawno opuściła nastoletnia wrażliwość oraz poetyka Down Colorful Hill, to ożywcze okazać się może popchnięcie go dźwiękiem do modulacji podobnych tym z czasów płomiennego romansu z dzikszym folk rockiem. Opowiadać o posiłkach i komentować noty wystawione przez Pitchfork można przecież z ikrą – nie trzeba tego deklamować jednostajnie i bez polotu. Poza tym projekt SKM dla własnego dobra powinien na chwilę zejść ze sceny, bo dwuletnie przerwy w dyskografii były rozwiązaniem o niebo lepszym niż rokroczne bombardowanie słuchacza opasłymi tomami prozaicznych historii amerykańskiego everymana. Koncept Benji powalał wyczuwalnym "duchem" nagrania oraz stosunkowo małą rozbieżnością tematyczną (wytworzono dla powieści pewne osobliwe "uniwersum"), ale obecne poczynania Kozelka świadczą jedynie o tym, że ten przeżywający kryzys wieku średniego dżentelmen stanowczo powinien spróbować się wyciszyć, oddzielić ziarno od plew, bo nikt już nie kupuje tak długich płyt. Albo może warto spróbować z cyklicznymi podcastami? "W najnowszym odcinku porzucam temat Sorrentino i przyjaźni z Justinem, a rozlegle opowiem o mojej miłości do Caroline, strzelaninie w Charleston oraz przekażę najszczersze wyrazy współczucia dla Nicka Cave’a".

Witold Tyczka    
16 lutego 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie