RECENZJE

Jessica Bailiff
Jessica Bailiff

2002, Kranky 7.1

Generalnie nie sympatyzuję ze zjawiskiem postrzegania sceny przez pryzmat podziału na labele, nie mam swoich ulubionych wydawnictw i ulubionego brzmienia. Z tego, co zdążyłem zaobserwować, wszystko rozkłada się w miarę równo; większość wytwórni ma od jednego do kilku godnych uwagi wykonawców. Jednak Kranky to naprawdę wyjątkowo dobre chłopaki, trudno to zignorować. Postać Jessiki Bailiff, od początku swojej działalności związanej ze wspomnianym labelem, jest kolejnym na to dowodem. Jej self-titled, płyta plasująca się gdzieś pomiędzy mrocznymi songwriterskimi dokonaniami, a slow corowym mistycyzmem, stanowi jeszcze jeden kamień w murze interesujących i poszukujących albumów firmowanych nazwą Kranky.

Jessica Bailiff to jak ścieżka dźwiękowa do ezoterycznej podróży do owianych tajemnicą zakątków Wyżyny Tybetańskiej. Oczami brnącego w śniegu wędrowca oglądamy nieprzystępne szczyty Himalajów, koczownicze hodowle jaków, wielbłądy, stada owiec i kóz prowadzonych na pastwiska krętymi górskimi ścieżkami, uprawy jęczmienia i kukurydzy. Zza mgły wyłania się ufortyfikowany klasztor, w nim brązowe rzeźby tantryczne, sakralne malowidła ścienne. W mieście powiewają jedwabne flagi, stoiska pełne są religijnych ozdób, rytualnych szat i masek.

Najbardziej fascynująca okazuje się wizyta na buddyjskiej mszy. "Hour Of The Traces", najniezwyklejsze nagranie albumu, wykorzystuje dość nietypowy instrument (obój skrzypcowy?), wygrywający melodię, która wspólnie z plemiennie pulsującymi bębnami buduje przeraźliwy nastrój sennych majaczeń. Mroczny, nierzeczywisty klimat przeniesiony jest do "The Hiding Place", zyskującej psychodelicznego posmaku w wyniku oddalonych, orientalnych dźwięków. Utwór brzmi jak zapis spotkania z duchami: "zdało mi się, że coś za i coś obok, i że się zbliża, i dziwne szmery, i niesamowite zagęszczenie powietrza, i że koniec może być bliski (...)". To coś za i obok to nic innego, jak sama Jessica, cicho szepcząca w tle. "Wmówiłem sobie spokój i zasnąłem".

W śnie przenosimy się do celtyckiej Irlandii, dwa tysiące lat temu. Zielone polany, święte gaje i sanktuaria, druidzi, ofiary, menhiry. "Watch the day go, black sky enter soon / We stand on Big Hill, hand in hand wait for night / We see Eerie lake, down below in darkness / And play serenades to the leaving sun". Głęboko oddychającej Jessice znowu akompaniują duchy.

Budzimy się w klasztorze. Środek nocy, obrzęd trwa. Ściana przesterowanych gitar pomaga przedrzeć się do "silnie strzeżonej przez hordy demonów nieświadomości, w poszukiwaniu sedna (...)". Dym unoszący się z kadzideł powoli zaczyna formować się w postaci Alana Sparhawka i Mimi Parker, zwabionych przez wolną opowieść "Disappear". Zostają jeszcze na chwilę, by wysłuchać przyprawiającej o ciarki historii Mary, ścigającej cienie w nocy, tracącej pamięć, tęskniącej za utraconym światłem dnia. Nie wszystko jest zrozumiałe, głos narratorki wędruje z jednego kanału do drugiego, momentami staje się stłumiony, niewyraźny. Nerwowa gitara akustyczna na pierwszym planie, dodatkowo niepokojona jest przez drżące zgrzyty i przeciągłe jęki.

Niesamowita wyprawa kończy się wraz z pierwszymi dźwiękami pianina "Time Is An Echo" – nieco nużącej pieśni, gdzie zwyczajnemu przygrywaniu towarzyszy burza rezonujących trzasków i szumów, zdającymi się być wspomnieniem (echem) zakończonej przygody. A może naprawdę była to podróż do głębin umysłu, nieświadomości, "psychologiczne wnikanie w siebie"? "Straszniem się zaJungował (...)".

Michał Zagroba    
6 stycznia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie