RECENZJE

Jensen Sportag
Pure Wet (EP)

2011, Cascine 8.1

Popularność Jensen Sportag chyba ciągle oscyluje w granicach błędu statystycznego. Również tutaj, na Porcys, chłopaki z Nashville nie otrzymali takiego poklasku, na jaki zasługują – w końcu "Jareaux", utwór wybitniejszy od co najmniej dziewiętnastu utworów z rocznej listy singli zaledwie się o nią otarł. Kiedy Diogenes Club zdobywali wszystkie ochy i achy, Jensen Sportag pozostawali trochę w cieniu. Nie wiem też, czy wierzyć zapewnieniom, że Pure Wet to tegoroczne Versailles. Diogenes Club, jakkolwiek wiele zawdzięczają french house'owi, to jednak najbliżej im do zespołów powszechnie przywoływanych w recenzjach – Phoenix i Changes. Takich, które mają swoje porcysowe tradycje i uznanie. Pure Wet kojarzy mi się raczej z nagraniami George'a Michaela, Janet Jackson, Prefab Sprout, a może nawet piosenkami takimi jak ta. Ich źródła inspiracji są dużo bardziej złożone i nie tak łatwo odczytywalne, a sam tytułowy utwór tchnie duchem najróżniejszych gatunków. Przede wszystkim jednak Pure Wet jest miksturą dorobku mainstreamowego popu, a ich styl to nowa propozycja, które równie wiele zawdzięcza sophisti-popowi, funkowi, disco, klasycznemu i nowoczesnemu popowi, french house'owi, a nawet dubstepowi. Nawet Phil Collins czasem spotyka Buriala.

"Everything Good" wykazuje przecież braterstwo z Bundickiem (bardziej tym ze "Still Sound"), jednak dzieje się w nim więcej, niż w niejednym utworze Chaza. "Pure Wet" jest spotkaniem dubstepu z Junior Boys oraz dream-popową, by nie powiedzieć chillwave'ową estetyką. W przeciwieństwie do innego świetnego, ale niedocenianego zespołu, Body Language, słuchanie Jensen Sportag angażuje też znacznie bardziej. Począwszy od "Jackie", przez "Cocktease", "Jareaux" i "Pure Wet", ich cechą charakterystyczną staje się budowanie napięć melodii przez zawieszanie jej w co dramatyczniejszych momentach. Liczne pokrętności, napięcia harmoniczne, porwana budowa przy jednoczesnej lekkości słuchania, przypominają mi zwykle refren "Wild Horses" Prefab Sprout – utworu, który najbardziej kojarzy mi się z dokonaniami Jensen Sportag.

"Mapquest" jako jedyne nie kopie z podobną siłą, co pozostałe trzy utwory, ale nie nazwałbym go odstającym. Po pierwsze, to chyba remix nieznanej mi Giny Jackson albo może był nim, zanim (spekuluję) Gina zdecydowała się oddać swoje prawa po usłyszeniu efektu. W każdym razie może to tłumaczyć bardziej ułożony charakter tej piosenki na tle innych. Po drugie, powtarzany w kółko hook topi się jak lody w upalny dzień, co ciekawie zderza się z jednak dość chłodnymi biegającymi po całej piosence klawiszami. Dodaj jeszcze leniwą gitarę wieńczącą utwór i rysuje mi się przed oczami leniwe, lśniące w skwarze popołudnie. Ale wrażenie jest jednak jakby ulotne i odległe, wydaje się tylko pozorem przywoływanym w głowie w takie chłodne wieczory jak ten lutowy. Po trzecie: mimo, że bas zwykle nie pcha się na pierwszy plan, pozwala pozostałym partiom wyprawiać, co im się chce. A to z pewnością świadczy o jakości kompozycji.

Możecie mieć swojego Toro, swoich Dam-Funków, Diogenes Club, ale to Jensen Sportag są moimi ulubionymi muzykami i songwriterami w tym momencie. Zlepienie wszystkich wypuszczonych utworów momentalnie tworzy dla mnie jedną z najbardziej zjawiskowych płyt, jakie słyszałem, podobnej do sporej części muzyki, którą lubię najbardziej, a jednocześnie niepodobnej do niczego innego. Choć ja już skleiłem sobie swój wymarzony album, to niecierpliwie czekam na nowe kompozycje, przy których moja dotychczasowa składanka wyda mi się śmieszna.

Kamil Babacz    
21 lutego 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy