RECENZJE

Jens Lekman
Life Will See You Now

2017, Secretly Canadian 6.4

Długo zalegałem z tym tekstem. Po pierwszej dawce entuzjazmu, spowodowanego ukazaniem się nowej płyty mojego sekretnego ulubieńca, jakoś moja chęć do pisania szybko opadła. Trzeba się jednak zmierzyć z tematem, jakkolwiek by on trudny dla mnie nie był. Nie spodziewałem się, że napisanie tej recenzji spotka się z tak dużą dawką wewnętrznego oporu.

Jak wynika z poprzedniego akapitu, Jens Lekman ma specjalne miejsce w moim sercu. Już od debiutanckiego When I Said I Wanted To Be Your Dog, które dane mi było usłyszeć jako pierwsze, wiedziałem, że to mój człowiek. Kiedyś może bardziej, dziś nieco mniej, ale w gruncie rzeczy delikatny chłopak z gitarą nigdy nie był dla mnie najbardziej odpowiednią parą. A jednak coś powodowało, że to właśnie tego smutnego Szweda wybierałem na towarzysza samotnych spacerów; to właśnie jego słowa łagodziły moje rozczarowania i robiły parę innych rzeczy, o której ze względu na własną godność i troskę o czytelników nie przywołam. Oprócz niepodważalnie uroczych piosenek, które wraz z jego artystycznym rozwojem na kolejnych albumach obrastały w coraz więcej różnych ozdobników, stawały się bogatsze i barokowe, kluczową rolę grała specyficzna stoicka postawa. Osobliwe poczucie humoru i podejście do życia, z jednej strony bardzo morrisseyowskie, z drugiej dalekie od egzaltacji.

Był to właściwie constans w jego nagraniach. Gdy I Know What Love Isn't ujrzało światło dzienne, pomimo zachowania wszystkich charakterystycznych składników jego stylu, doszła do tego jakaś zgorzkniałość nieco już starszego człowieka, jeszcze większe pogodzenie się z własnym losem, te sprawy. Nie wiem, jak sprawa wyglądała na 52-utworowym cyklu Postcards, gdyż odpuściłem sobie ten trud, uznając, że nie zostanę należycie wynagrodzony przekopywaniem się przez kilkadziesiąt utworów [potrzebne źródło]. Na Life Will See You Now jednak rzuciłem się od razu.

Zapowiadający czwarty album Lekmana "What's That Perfume You Wear?" zwiastował nieco radośniejszą stylistykę, choć oczywiście karaibskie, steel-panowe motywy pojawiały się już na debiucie ("Happy Birthday, Dear Friend Lisa"). Pomimo uroku tamtej piosenki, szczęśliwie cały album nie brzmi w ten sposób, choć generalny trend jest zauważalny – to chyba najradośniejszy Jens. On sam się pewnie nigdy już nie zmieni, ale muzycznie, pomimo braku wyraźnie nowych środków, nie stoi zupełnie w miejscu. "Evening Prayer" to jeden z jego najbardziej przebojowych utworów, skoczny puls jest tu wszechobecny, a "How We Met, the Long Version" to niemal disco. Rezultat? Niestety najsłabszy z pełnoprawnych wydawnictw Lekmana. Choć jest bardzo utalentowanym songwriterem i w każdej stylistyce potrafi się odnaleźć, to jednak najbardziej trafiające w punkt zawsze były jego słodko-gorzkie, przewrotne balladki i opowieści. Nie znaczy to też, że w tej formie nie potrafi wzruszyć, bo potrafi i chyba nigdy nie przestanie – taki to człowiek. Nie zamierzam psioczyć, że stracił już potrzebę cipienia się. Cieszę się Jens, że u ciebie okej. U mnie też spoko.

Antoni Barszczak    
11 kwietnia 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie