RECENZJE

Jefre Cantu-Ledesma
On The Echoing Green

2017, Mexican Summer 7.4

Długo się mordowałem z tym tekstem. Od pierwszego usłyszenia "A Song Of Summer" z wyjątkowym utęsknieniem czekałem na najnowszą pozycję w opasłym katalogu Ledesmy, a gdy już się ona ukazała, całkiem namiętnie ją katowałem. Nosiłem w sobie nieco naiwne przeświadczenie, że częste obcowanie z jakąś płytą pozwoli mi szybko i sprawnie o niej napisać. Nic z tego. Kolejne dni mijały, a ja nie mogłem wydusić z siebie nawet marnego akapitu. Może było to przyczyną mojego "twórczego" wypalenia albo przecenieniem własnej sprawności intelektualnej? A może On The Echoing Green na tyle dobrze opowiada samo o sobie, że dorzucanie czegoś od siebie byłoby nietaktem lub banałem?

Prawa rynku są jednak nieprzejednane, trzeba się przemóc, ryzyko wziąć na klatę i coś z siebie wydusić. Nie będę strugał kozaka – objęcie umysłem (i uchem) dyskografii Jefre'a przekracza moje zdolności poznawcze, a znajomość raptem paru wybranych jego nagrań zapewne nie daje mi kompletnego obrazu rozwoju jego twórczości. Pozwala mi natomiast nie wciskać kitu o zupełnie nowych ścieżkach, rewolucji w brzmieniu czy jakiś innych tego typu banialukach. W zasadzie każdy indeks z Love Is A Stream, płyty, która ma już niemal 7 lat, bez większego problemu mógłby znaleźć się na tegorocznym albumie Kalifornijczyka. Sęk w tym, że w drugą stronę już to zupełnie nie działa.

Poprzednie wydawnictwa Ledesmy były podmalówką. Ambientowo-dronowe pasaże, barwa brzmieniowa, klimat – te rzeczy nie zmieniły się specjalnie, wciąż tkwią w użytej tutaj tkance dźwiękowej. Ale tym razem na tym się nie kończy, a efektem jest najbardziej zróżnicowany, najbardziej kompletny i zwyczajnie najciekawszy materiał, jaki ten artysta miał kiedykolwiek do zaoferowania. Shoegaze'owe wątki, z większą lub mniejszą śmiałością podejmowane od dłuższego czasu, tutaj znajdują swoje ujście w pełnej krasie, o czym mogliśmy się przekonać już jakiś czas temu obcując ze wspomnianym wcześniej, rewelacyjnym "A Song Of Summer". I o ile pozostaje on moim zdaniem bezsprzecznie najjaśniejszym punktem On The Echoing Green, to nie jest on tutaj fragmentem najodważniejszym i najmocniej gatunkowo transgresyjnym. "Tenderness" wychodzi poza wcześniej ustalone ramy i jest najbardziej bezpośrednio przystępną piosenką Ledesmy. No właśnie piosenką – od wyraźnego rytmu, po znaczący udział wokalu, przypomina bardziej Slowdive niż cokolwiek, co wyszło spod jego ręki wcześniej.

Równie ciekawych i wspaniałych momentów jest jeszcze sporo, choć nie widzę sensu w rozpatrywaniu każdego z nich z osobna. Żeby nie być gołosłownym wspomnę tylko, że "The Faun" rusza moje najczulsze struny i zapewne każdego, dla kogo taka znana płyta z różową okładką "coś znaczy". Ściany dźwięku i inne drony, jak już mówiłem, ciągle tu są i choć pełnią ważną rolę w konstrukcji całej płyty, to być może właśnie one, takie interludia jak "Autum", najmocniej ciągną całość ku ziemi.

Wchodzi na to, że moja paplanina z pierwszego akapitu to tylko czcze gadanie. Paręset słów później zostaję z uczuciem, że może czas najwyższy walnąć się w łeb. Wy zostajecie z paroma moimi spostrzeżeniami i przemyśleniami, a my wszyscy z impresją tęsknoty za odchodzącym latem, w chwili gdy nie zaczęło się ono jeszcze na dobre i najlepszym shoegaze'owym materiałem od czasów m b v.

Antoni Barszczak    
5 lipca 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja