RECENZJE
Jefre Cantu-Ledesma

Jefre Cantu-Ledesma
A Year With 13 Moons

2015, Mexican Summer 6.3

Jefre Cantu-Ledesma postawił sprawę jasno: A Year With 13 Moons w pierwotnym zamyśle miało być kontynuacją tematów podjętych na jego chyba dotychczas najlepszym (a przynajmniej z całą pewnością najcieplej przyjętym przez muzyczne media) albumie Love Is A Stream sprzed ponad pięciu lat. Ponoć udźwiękowione zostało tu ostatnich kilkanaście burzliwych miesięcy w życiu artysty – powrót z Europy do rodzinnego San Francisco, wyryte w pamięci obrazy ongiś odwiedzonych miejsc oraz upakowane w ramki klisze przedstawiające otaczające go twarze. Brzmi osobiście i ekstrawertycznie. Tak, jak nie przystoi paplać zdeklarowanemu introwertykowi, prawda? Rodzi się pytanie: czy w takich albumach słuchacz odnaleźć może wszystko to, co przyświecało autorowi w trakcie procesu twórczego?

Szczerze mówiąc, nie zastanawiałem się nad tym. Myślami wędrowałem do czasów Republiki Federalnej Niemiec, obstawiając, ile wspólnych punktów z dziesiątą muzą, a konkretniej In Einem Jahr Mit 13 Monden R. W. Fassbindera (konotacja w tytule jest bezdyskusyjna), znajdę tu w ramach uniwersalnego banku emocji. Jak się okazało, stosunkowo niewiele: motyw drogi, niepokój i trochę beznadziejnego smutku. Ambientowym nagraniom z miejsca przypiąć można łatkę doznaniowości, bo przecież tak wiele rozgrywa się w sferze nie tyle samego dźwięku, co kwestii przysposobienia do jego pochłaniania i setki innych czynników zewnętrznych. Ale abstrahując już od tych niuansów, kilka motywów i rozwiązań na A Year With 13 Moons jest naprawdę przednich, jeśli spojrzymy już w stu procentach obiektywnie, trzeźwym okiem i z dystansu. Ledesma niczym wprawiony, ceniony architekt skonstruował album wielopoziomowy, opierający się na wzajemnie nakładających się na siebie strukturach. Wyposażony w dostarczające loopy sekwencery, automat perkusyjny, gitarę oraz towarzyszącą tej ostatniej całą gamę elektronicznych pedalboardów umożliwiających uzyskanie efektów zmiany sygnału wskutek obcinania amplitudy, postanowił wypowiedzieć wojnę sztampowej muzyce drone’owej. Zeswatał mętną popową słodycz szkockich Cocteau Twins z niespokojnymi pasażami kolegów (nie tylko) po fachu z Yellow Swans. Kultywowana w wielu utworach miłość do retro stylistyki pozwoliła napaćkać tu obraz momentami ckliwy, lecz doskonale pogodzony ze zgrzytami, noise’owymi trzaskami, surowością i posępnością ery industrialnych, metalicznych tonów. Wyraźnie spokojne, bardziej stonowane partie w stylu "A Portrait Of You At Nico's Grave, Grunewald, Berlin (for Bill K.)" na A Year With 13 Moons stanowią zdecydowaną mniejszość. Amerykanin zwrócił się w mniej ortodoksyjną stronę: strzępiąc kojące, hipnagogiczne melodie agresywnymi przejściami rytmicznymi i budując płytę na zasadzie "ze skrajności w skrajność", ordynarnie przykrył cały ten skąpany w słońcu "beta-quasi-glo-fizm" kontrolowaną warstwą brudu.

Nie wszystko jednak widać przez różowe okulary. Najnowszemu nagraniu założyciela awangardowej wytwórni Root Strata zarzucić można to, że do wielu indeksów składających się na drugą część płyty nie przyłożył się wystarczająco starannie. Mimo piętnastu utworów album trwa niespełna czterdzieści minut. Gros podjętych muzycznych wątków należało poprowadzić jeszcze przez co najmniej kilkaset sekund, byśmy wreszcie pozbyli się wrażenia, że Ledesma wciąż nie może się zdecydować, czy blisko mu do szalonego VHS-owca Torn Hawka z Through Force Of Will, czy może wolałby dekonstruować na wzór australijsko-islandzkiej A U R O R Y. I takiego właśnie, bardziej określonego, nieco bardziej rozciągniętego w czasie dziecka chciałbym się ze strony mieszkańca San Francisco w najbliższej przyszłości doczekać.

Witold Tyczka    
4 marca 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy