RECENZJE

Jeff Buckley
Sketches For My Sweetheart The Drunk

1998, Columbia 7.8

30 maja 1997 roku Jeff Buckley miał rozpocząć sesje nagraniowe do swojej drugiej długogrającej płyty, roboczo zatytułowanej My Sweetheart The Drunk. Nie doczekał tej chwili. Zginął tragicznie dzień wcześniej; został porwany przez nurty Missisipi.

Kim był Jeff Buckley dla muzyki lat dziewięćdziesiątych, nie muszę chyba nikomu przypominać. Rzućcie uchem na jedyne studyjne dzieło wydane za jego życia, album Grace z 1994 roku. Wyjątkowo misternie, ale i spontanicznie opracowane utwory, zaśpiewane z niespotykaną pasją, były spełnieniem niezwykłego młodego talentu. Grace stało się wkrótce jednym z najbardziej inspirujących krążków dekady – z pomysłów i patentów Jeffa czerpała garściami cała masa wykonawców; przytaczanie niektórych nazwisk i nazw byłoby nietaktem wobec samego nowatora. (Założę się, kimkolwiek jesteś drogi czytelniku, że i twój ulubiony zespół ostatnich lat sporo mu zawdzięcza.) Można tylko przypuszczać, co też Buckley zaproponowałby na swoich następnych płytach. Całkiem prawdopodobne, że idąc z duchem czasu wdałby się w mariaż z nowymi technologiami produkcyjnymi, co mogłoby przynieść intrygujące rezultaty. Ale to tylko gdybanie. Co dziś grałby Cobain? A Timmy Taylor? Jak brzmiałaby muzyka Milesa Davisa w dobie techno? Nigdy się nie dowiemy.

Równo w rok po śmierci Jeffa wydano zbiór niepublikowanych nagrań jego autorstwa, których lwia część stanowiła potencjalny materiał na wspomnianą letnią sesję 1997 roku. Posiadająca do nich prawa matka muzyka, Mary Guibert, postanowiła wraz z wytwórnią, że trafią do słuchaczy w takim stanie, w jakim pozostawił je syn. Nie będzie żadnych nakładek, dodawanych ścieżek, żadnej post-produkcji. Będą to jedynie "czarno-białe" szkice (stąd tytuł) piosenek, które wokalista miał dopiero "pokolorować". Guibert nie wyraziła również zgody na uzupełnienie zestawu o starsze, ukończone i dzięki temu lepiej brzmiące fragmenty twórczości Buckleya. Trzeba przyznać, że było to podejście bezkompromisowe. Ale właśnie dzięki takim decyzjom udało się uchwycić artystę podczas pracy, podczas ciągłego formowania swej muzyki, podczas nadawania jej ostatecznego kształtu. Tu i ówdzie brak jest wykończenia, brak niektórych strof i wersów, które na tym etapie Jeff zastępował nieraz bełkotliwym nuceniem. Już wkrótce miało ono być zamienione na właściwe teksty. Nigdy się tak nie stało.

Sketches For My Sweetheart The Drunk składa się z dwóch płyt. Pierwsza, o czasie trwania ponad czterdziestu minut, to zbiór dziesięciu utworów, które najprawdopodobniej wypełniłyby drugi studyjny album Jeffa. I prawdę mówiąc, ciężko im cokolwiek zarzucić. Brzmią czarownie i naturalnie. Być może próbny charakter nagrań jeszcze bardziej uwydatnił emocje zawarte w jego muzyce. Z drugiej strony: kto wie, czy doskonalsza realizacja i aranżacja tych pomysłów nie zaowocowałaby dziełem na miarę jednego z albumów roku 1997?

Epicki, pięciominutowy hymn "The Sky Is A Landfill" narasta stopniowo, przygniata niesamowitą werwą i pomnikowym refrenem. Pastelowy "Everybody Here Wants You" oferuje ospałe partie gitar i podskórną dramaturgię. Ballady "Opened Once" i "Morning Theft" ukazują Buckleya jako wybitnego rockowego liryka. Psychodeliczny, wywołujący dreszcze "New Year's Prayer" przenosi w krainę narkotycznego transu. I wreszcie kończąca tę odsłonę albumu impresja wokalna "You & I", wykonana przez Jeffa praktycznie bez tła dźwiękowego. To niemal modlitwa.

Krążek drugi, obok alternatywnych mixów takich kawałków, jak "Nightmares By The Sea" i "New Year's Prayer", zawiera jeden dodatkowy utwór z roboczych sesji do My Sweetheart The Drunk, ekspresyjny "Haven't You Heard". Następnie mamy sześć amatorskich nagrań zarejestrowanych przez samego Jeffa w kwietniu 1997 roku na czterośladowym magnetofonie w jego domu w Memphis. Ujawniają one skłonność wokalisty do eksperymentowania. Wyróżnia się awangardowa, prawie ośmiominutowa przeróbka "Back In N.Y.C." ze słynnego Lamb Lies On Broadway grupy Genesis. Układankę kończy, na prośbę pani Guibert, Buckleyowa wersja pieśni "Satisfied Mind". I tyle. Wspaniały dokument ukazujący artystę w swoim żywiole.

Oto co napisał Jeff w swoim notatniku, a co zostało zacytowane na przedostatniej stronie okładki Sketches: "I don't write my music for Sony. I write it for the people who are screaming down the road crying to a full-blast stereo. There is also music I'll make that will never – ever – ever be for sale. This is my music alone, this is my true home; from which all things are born and from which all my life will spring untained and unworried, fully of my own body". God bless you, Jeff.

Borys Dejnarowicz    
7 września 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie