RECENZJE

Jeff Buckley
Mystery White Boy

2000, Sony Music 6.7

Jeff Buckley nie był gwiazdą. Nie był ikoną popkultury, ani idolem nastolatek. Był zjawiskiem. Jak mówiono, miał najwięcej charyzmy od czasu Jima Morrisona, i nie powiem, żeby było w tym dużo przesady. Gdy wchodził na scenę, zapominano o wszystkim. Nie liczyło się co grał, nie liczyli się akompaniujący mu muzycy. Liczył się tylko on – stojący na środku z gitarą, naprzeciw mikrofonu. Wszystkie oczy skierowane były na niego, nie w geście zwykłego młodzieńczego uwielbienia jednak, a raczej czci i fascynacji. Ci, którzy zaznali tego uczucia, nie zapomną go pewnie nigdy. Nieśmiałą namiastką wyobrażenia takiego misterium jest koncertowy album Mystery White Boy, drugie, po Sketches For My Sweetheart The Drunk, oficjalne pośmiertne wydawnictwo z muzyką artysty.

Podobnie jak i w przypadku tamtego albumu, pieczę nad przygotowaniem całości miała matka Buckleya, Mary Guibert. Wybrała ona dwanaście nagrań zarejestrowanych podczas ośmiu występów trasy w latach 1995-96. Siedem z nich znamy ze studyjnego arcydzieła Grace, na pozostałych pięć składają się trzy nowe utwory autorstwa Jeffa i jego przyjaciół, oraz własne wersje dwóch pieśni innych twórców. Wynikiem jest prawie osiemdziesiąt minut, które dla zaprzysięgłych fanów wokalisty są lekturą obowiązkową. Buckley bowiem grając na żywo osiągał czasem efekty równie wspaniałe, jak zamknięty w czterech ścianach studia.

W tych koncertowych nagraniach słychać wyraźnie, że Jeff dołączył do elitarnego grona twórców, którzy kreowali własne, jedyne w swoim rodzaju brzmienie, nieokreślone i nieoczywiste. Na jego obraz, w telegraficznym skrócie, składała się ściana dźwięku, wybudowana z wielobarwnych, drgających partii gitar, oraz przepełnionego bólem głosu. To właśnie wtedy, gdy instrumentalne szaleństwo sięga zenitu, a Buckley wydaje z siebie ekstatyczne, poszarpane piski i jęki, faktem staje się unikatowy charakter rezultatu tych starań.

Do szczytowych momentów Mystery White Boy należą, między innymi, fantastyczne wersje pereł z Grace, ostre, gniewne, zgiełkliwe, chwilami kakofoniczne, ale promieniujące ogromną ilością emocji. "Dream Brother" wyłania się powolutku z ciszy, by przeistoczyć się w powtarzaną kilkakrotnie sentencję "You're just like him". Na samym początku "Mojo Pin" Buckley daje popis wirtuozerii wokalnej, dochodząc ton po tonie do swojego genialnego falsetu. "Last Goodbye" otwiera francuski zaśpiew, będący imitacją głosu jednej z mistrzyń artysty – Edith Piaf. "Eternal Life" zostało tu podane w sposób bardzo agresywny, żeby nie użyć słowa "punkowy"; dość, że do końca drugiej minuty nie słychać nawet nuty z oryginalnej melodii. Duże wrażenie robią też nowe fragmenty: "I Woke Up In A Strange Place", "What Will You Say" i "Moodswing Whiskey".

Drugie oblicze Mystery White Boy to delikatne liryki, łagodzące wszechobecny tu hałas. Dobrze znana przeróbka "Lilac Wine", ale też piękne "The Man That Got Away" i pierwsza część "Kangaroo". Nawet jednak w tych spokojniejszych nagraniach słychać nerw i pasję Jeffa. A na koniec Cohenowskie "Hallelujah", wzbogacone pod koniec śliczną wstawką z "I Know It's Over" The Smiths. Nikt nie zaśpiewałby tego lepiej. Cichutko, cichutko, cichutko... Nocą posłuchajcie.

Nudzą mnie osobiście frazesy w stylu: "mówię ci, zagrali to dokładnie tak, jak na płycie". Buckley i jego kompani grali zupełnie inaczej, nieestetycznie, potrafili jednak z tego uczynić wartość. Niespodziewanie, gdy brali na warsztat bardzo dokładnie zaaranżowane wcześniej piosenki i grali "live", odczytywali je na nowo.

Borys Dejnarowicz    
7 września 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie