RECENZJE

Jazzpospolita
Impulse

2012, Ampersand 5.9

Cudowne dzieci akademii z pewną obsuwą wkraczają w okres buntu. Protesty, wandalizmy – o zgrozo – dalej grzyby i Mokotów. Zatem i złotych chłopców z Jazzpospolitej, choć wierzę, że to tylko nieuchronne stadium poczwarki, sięgnął syndrom drugiej płyty.

Wstępna diagnoza i ostatnie określenie archaicznie czerstwe, nadto przesadzone, jak najsłabsze momenty hołubionego Michała Przerwy-Tetmajera na Impulse. Retorycznie jednak poręczne nie tylko ze względu na geriatryczną korespondencję z wciąż słyszalnymi inspiracjami psychodelą lat 70., ale i charakter nowego albumu, będący efektem doświadczeń koncertowych, wskazaniem na obierany – cięższy brzmieniowo i swobodniejszy kompozycyjnie – kurs, oraz stanowiący świadectwo wahania na rozstaju dróg: lirycznie melodyjnej, technicznej gry gitary i eksperymentalnego dłubania w syntezatorowych teksturach.

I tu pierwsza zmiana, bo eksperyment był dotąd ostatnim słowem, jakie kojarzyło mi się z doskonale wyważonymi kompozycjami kwartetu. I chociaż nie uświadczymy go znów w krótkim openerze, szybko zawiązanym znaną gitarką i ewokującą Tortoise motoryką, jak również następującym po nim i zdecydowanie najbliższym soundowi Almost Splendid tracku "Czerwona Flaga" z fajnym, rozhuśtanym syntezatorem, to już tutaj można spostrzec nowinki zarówno konstrukcyjne (nieoczywisty rozwój motywów gitarowych, rozluźnienie kompozycji i fakturowy pietyzm we wciąż po staremu zgrabnym ''Co Myślisz o Wandalizmie''), jak i brzmieniowe (nabierająca w "Czerwonej Fladze" wagi zamaszysta, postrockowa gitara, prowadząca z intrygującymi klawiszami dialog niewymuszony i niepodporządkowany piosenkowej doktrynie).

Trzeci indeks przynosi pierwszoplanowe okołoambientowe pogłosy. Gitara niejednokrotnie zostaje stłumiona do poziomu odległego, hauntologicznego dronu, który wyśmienicie harmonizuje z blikami micro i pozbawionym kompleksów kosmische. Jest i groza supersilentowych syntezatorów w wersji dla rodziny, z całym szacunkiem dla instytucji rodziny, jak i Michała Załęskiego, śmiało rozwijającego wachlarz elektronicznych efektów w najwyraziściej, jak dotąd, teksturowo rozimprowizowanej kompozycji Jazzpo. "Pasażer U-Boota" unaocznia rozwój kwartetu zarówno na polu komponowania samych struktur, jak i ich wydobywania w żywym brzmieniu, którego granice wytycza już niemal jedynie wyobraźnia. Sygnały tego skądinąd mieliśmy, porównując dwie wersje "Tribute Aerobit" i osobiście wyczekuję tu kolejnych popisów. Drugim, ciążącym ku ambientowi kontrapunktem dla wyeksponowanej gry Przerwy-Tetmajera jest niezłe "Nigdy Nie Pada Na Górnym Mokotowie". Te dwa fragmenty mam na myśli, wspominając o eksperymencie, i tu moje oczekiwania, spięte elegancką klamrą, zostają nader pomyślnie spełnione, duży props.

Balans między mikroeksploracją Załęskiego a retromelodyką Przerwy-Tetmajera najlepiej zachowuje intensywny ''Grzyb''. I dobrze byłoby, gdyby między opcją suwerennych rozwiązań elektroniczno-klawiszowych a bądź co bądź zdyscyplinowanym (by nie straszyć tych, którzy upodobali sobie bezpretensjonalność grupy, pojęciem wirtuozerii) prowadzeniem gitar na tle stabilnej, charakterystycznej dla Jazzpo sekcji rytmicznej, owa harmonia trwała. Dzieje się tak poniekąd w zgrabnie wyważonym, kojarzącym się z Jaga Jazzist "Pobudzeniu" oraz w tyleż delikatnym, co nużącym "Ciężkim Powietrzu", dwu następujących po sobie, stanowiących centrum albumu utworach z pierwszoplanową rolą ciepłej, linearnej gitary. W wieńczącym całość progowo-jazzowym ''Protest Songu'' dominacja leniwie rozwijanych, przesterowanych motywów staje się jednak problematyczna, bo chyba niezupełnie o taką Jazzpospolitą walczyliśmy. Przychylając się do decyzji bandu o zagęszczeniu faktur, można wyrazić zaintrygowanie odważnym krokiem w kierunku psychodelizującego post-rocka, coraz odleglejszego od wibrującego eklektyzmu Tortoise – czyli zupełnie od czapy – niemniej, gdy słyszę marszowy rytm closera wraz z gitarową celebrą pochodu przez grobowiec gnającego slapsticku pierwszej wersji "Tribute Aerobit" czy Prekopowskiej wrażliwości zamykającego EP "Ciągle Ktoś Mnie Pyta", to protestuję, z jazzem łączy mnie Niechęć, ku niczemu się nie przychylam i wracam – jakkolwiek – U-Bootem na Mokotów.

Chociaż na albumie znajdują się zupełnie przyzwoite kompozycje, rzadko będę powracać do niego w praktyce kolejnych odsłuchów, a pozostanę przy teoretycznym przyjęciu do wiadomości Impulse jako zapisu poszukiwań struktury i brzmienia oraz świadectwa krystalizowania się osobowości członków grupy, nade wszystko gitarzysty i klawiszowca, których pomysły, wspierane wierną sekcją rytmiczną, mają może i przeciwne zwroty, ale ten sam kierunek – z dala od piosenkowości i funkującego groove'u. Czekam, aż – jak po części zrobili to na ubiegłorocznym Dig It To The End pokrewni estetycznie Tonbruket – nowe pomysły kwartetu zsynchronizują się w perswazyjnie koherentną całość, wzorem pierwszej EP. Na Impulse demonstrują, że innowacja – w oferującym skądinąd szerokie spektrum środków wyrazu międzygatunkowym obszarze, jaki wybrali – nie jest im obca, podobnie jak sporadyczny, godny wypunktowania, liryzm. Więc czekam. O konstrukcję i wydobywanie możliwości instrumentów się nie boję, liczę natomiast na przekucie wyuczonych umiejętności w konkretne emocje, bo, jak wiadomo, tylko emocje mówią prawdę, a nic lepszego, niż ich wyraz u tak uroczych młodzieńców.

Dobrze rokującym bandom zawieszam poprzeczkę wysoko, stawiam 5.9 i przypominam, że nasi przodkowie uznaliby to za wyborną notę, a skala ocen 5.0-10.0 ma swoją drugą stronę, w której startujące od zera mroki warto byłoby raz na jakiś czas się zapuścić, weryfikując nie tylko obiekty bezrefleksyjnego hajpu.

Karolina Miszczak    
27 lutego 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja