RECENZJE

Jazzpospolita
Almost Splendid

2010, Ampersand 7.0

Jazzpospolita EP była potężną lutą wymierzoną wprost między oczy każdemu, kto mógł się tą EP-ką zainteresować: internetowym "hipsterom", wciąż przywiązanym do estetyki gitarowej niczym pies do smyczy, konserwatywnym czytelnikom Jazz Forum, "młodym gniewnym", od kilkunastu lat spoglądającym z nadzieją w kierunku powoli dziadziejącego środowiska yassowego, a także mieszczańskim słuchaczom nu-jazzu spod znaku audycji Trójki. Zarazem panowie zdawali się mówić: "Spoko, spoko, to tylko tak na otrzeźwienie. Jesteśmy naprawdę dobrzy, wszystkich was możemy zadowolić. Stay tuned". Rzeczywiście, już wtedy mogli. Pierwszych post-rockowym feelingiem, drugich mistrzowskimi partiami gitary Przerwy-Tetmajera, trzecich nieposkromioną wyobraźnią i międzygatunkowymi kolażami, a ostatnich zwiewnością kompozycji. Czy te kilka utworów nie było jednak jednorazowym wystrzałem, czy warto było czekać?

Jak możecie wywnioskować z wystawionej przeze mnie noty, odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi "zdecydowanie nie", na drugie zaś "tak, jasne". Jazzpospolita to nie żadni podwórkowi chuligani czy tani lansiarze – to słychać od razu. Już zostali zauważeni i teraz mogli sobie pozwolić na nagranie materiału mniej zadziornego, chwilami odrobinę wycofanego i introwertycznego. Jak chociażby enigmatyczne "Insects", gdzie wykreowali niemal namacalne obrazy ciemnych piwnic, opuszczonych domków na prerii i innych miejsc znanych ze scen, które poprzedzają trzęsienie ziemi w klasycznych horrorach. Muzyka filmowa? Chuja tam, toż to film sam w sobie. Oczywiście, nie ma mowy o jakieś drastycznej wolcie stylistycznej, zresztą trzy kawałki z ubiegłorocznej EP-ki świetnie odnajdują się wśród nowych utworów. Poziom też jest zbliżony, czuć tylko większą dojrzałość i artystyczną swobodę, czymkolwiek ona jest.

Czuć również, że zespół podryfował trochę bardziej w kierunku jazzu (niekoniecznie pospolitego). "Fashion For Orient In The 70's" jedzie prawie klasycznym fusion z rzeczonych siedemdziesiątych, a "Splendid" na koncertach chyba przenosi publikę na bibę do Remontu albo Akwarium z pierwszych lat działalności. Dobrze wypada przy tym psychodelizowanie brzmienia, które obok piórkowej melodyki może stać się znakiem rozpoznawczym kwartetu, a post-rockowe, tortoisowe akcenty zostały rozłożone niemalże z wprawą e.e. cummingsa, idealnie łącząc się w odkrywcze konfiguracje z pozostałymi elementami bogatej układanki Jazzpospolitej.

Cieszy, że po fenomenalnym teaserze zespół zaprezentował równie ciekawe pełnoprawne wydawnictwo. Bądź co bądź, to długogrający debiut, a już z całą pewnością oferuje styl dopracowany i do tego unikalny. Jeszcze bardziej cieszy, że po drodze panowie nie zgubili gdzieś wyczucia oraz luzu, a każdy z nich nadal wnosi do kompozycji element własnej osobowości twórczej. Być może jeszcze za wcześnie, by na pytanie "Jazzpospolita, a kto to jest?" odpowiedzieć "Another great players of Polish jazz", ale już niedługo, kto wie...

Krzysztof Michalak    
14 października 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie