RECENZJE

Jazzanova
In Between

2002, Compost 5.7

Od dawna chodzi mi po głowie założenie własnego zespołu. Mam już pomysły na wszystko: na image, na nazwę, na pierwszą piosenkę, na pierwszy wywiad, na pierwszy skandal, na mowę przy odbieraniu paszportu Polityki i na fryzurę na gali uroczystego wręczenia Fryderyków. Niestety, nie umiem ani śpiewać, ani na niczym poważnym grać. Czasu i środków na naukę również mi brakuje. Ale jak już niejedna grupa pokazała, nie muszę tracić nadziei, gdyż droga do dobrej, naturalnie brzmiącej muzyki niekoniecznie wiedzie przez nudne ćwiczenie gry na instrumencie. Kolejny dowód nadszedł z Niemiec, a konkretnie z Berlina – jest nim Jazzanova.

Nie mamy w Porcys znawcy jazzu, dlatego nie obytych z twórczością Jazzanovy czytelników może dziwić recenzja płyty zespołu, który swą nazwę po części zawdzięcza temu gatunkowi muzycznemu. Po chwili przyjrzenia się drugiej – ważniejszej niejako – części wyrazu, 'nova', łatwo można dojść do trafnych wniosków. Tak, zgadłeś, muzyka Jazzanovy opiera się na tym, co zwykło się teraz uważać za nowoczesne – na rytmie. Jazz jest tu jedynie elementem przeplatającym się dzięki dj-skim sztuczkom z trip-hopem i housem. Fakt, jego duch towarzyszy brzmieniu całej płyty, ale w żadnym wypadku nie można pozostałych obecnych tu stylów uznać za dodatki.

In Between zaczyna się świetnie – smutnawą wstawką "Something's missing / Could it be love?". Po chwili dochodzi ciepłe pianinko, później powolny beat. W międzyczasie pierwszy plan zupełnie się zmienia, miejsce wyżej wymienionej wstawki zastępuje inna, wzbogacona chórkiem i klawiszami. Zaraz, czy czegoś nie ominąłem? Nie opisałem nawet półtorej minuty "L.O.V.E. And You And I", a już się w opisywaniu atrakcji przygotowanych przez szóstkę Niemców pogubiłem. Chyba bym zwariował, gdyby kazano mi przelewać na tekst następnych pięć minut tego utworu, słowo daję. Wszystko dlatego, że Jazzanova dba – choć tylko na początku albumu – by słuchacza nie znudzić nadmiernym powtarzaniem tego samego. Po wejściu jednego motywu za chwilę zastępuje go inny, który również nie zagrzewa w głośnikach za długo miejsca, albowiem już zza rogu wyskakuje jego następca. I tak bez końca niemalże.

Słuchałoby się tej płyty na zmianę z Since I Left You Avalanches, gdyby panowie nie poszli po rozum do głowy. "Chyba przesadzamy z tą ilością pomysłów, nie sądzisz Jurgen?". "Tak Stefan, ludzi będzie bolała po nas głowa, lepiej ponudźmy ich tak, by w połowie płyty zasnęli". Niemiec – porządny człowiek: jak powie, tak zrobi. No i mamy po chill-outowym "No Use", oraz mega naładowanym hip-hopowym groovem "The One-Tet", bezsensowną, przypominającą reklamy leków na bezsenność "Fade Out". Następnie średnia, nie rozwijająca się konkretnie jazzowa paplanina ("Hanazono"), a także wydająca się być dobrym znakiem na resztę płyty "Mwela, Mwela (Here I Am)", ze świetnymi wstawkami (znów jedna goni drugą) i szalonym, urywanym co chwila rytmem.

Ale na tym koniec ciekawych wydarzeń na In Between. Od siódmego utworu górę bierze bowiem zachowawczość i (przede wszystkim) chęć nagrania długiego albumu. Poza małymi wyjątkami druga połowa In Between jest zaprzeczeniem pierwszej. Po prostu wieje nudą: utwory przestają się czymkolwiek wyróżniać i zlewają się w jedną, coraz bardziej irytującą całość. Sama końcówka to już jedno wielkie nieporozumienie. Łatwo jest zapomnieć, że z odtwarzacza leci muzyka. Jak to zresztą mówią, czasami dobrze jest zapomnieć. Gdyby nie pierwszych kilka-kilkanaście minut tej płyty, można by ją bowiem podsumować tytułem utworu zamykającego krążek – "Wasted Time".

Jędrzej Michalak    
26 lutego 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie