RECENZJE

Jay-Z
The Black Album

2003, Roc-A-Fella 6.9

W realiach mainstreamowego rynku wydaniu albumu przez gwiazdę pokroju Jay-Z zawsze towarzyszy sterowany przez grupy trzymające władze szum "pozamuzyczny". Z The Black Album prawidłowość ta powtórzyła się w dwójnasób, bo też i powód do wrzawy był nie byle jaki. Mianowicie współtwórca imperium Roc-A-Fella, autor krążków sprzedanych w kilkunastu milionach egzemplarzy, powiedział basta, koniec, jestem zmęczony, jestem już zmęczony, mam już dość. Pozostaje wam opłakiwać moją decyzję, bo jeśli nie dziś, to na pewno niebawem zorientujecie się, że mnie kochaliście. "I'm supposed to be number one on everybody's list / Let's see what happens when I no longer exist / Fuck this!" mówi roztrzęsionym głosem w "What More Can I Say". Chlip, chlip. No, ale jeszcze w przedszkolu uczono nas, że wszystko co dobre to się szybko kończy, więc może rzeczywiście to właściwy czas, żeby ze sceny zejść (pauza) niepokonanym.

A historia obdarzonego najbardziej rozhukanymi nozdrzami rapera świata w dniu rozstania z mikrofonem, choć relatywnie krótka, prezentuje się okazale (to już chyba dziewiąty dysk) i można rzec zwycięsko. Pasujący znakomicie do uwielbianego już nie tylko za oceanem etosu "from rags to riches" młodzian wraz z Reasonable Doubt w 1996 wtargnął z butami na hip-hopową scenę, już w dniu debiutu bezgranicznie przekonany o swoim mistrzostwie. Tym samym, u progu sławy zgłosił aspirację do tytułu najlepszego żyjącego emce, który to pomysł przypadł do gustu między innymi Mary J. Blige, prowokując ją do wyśpiewania proroczego "Baby one day you'll be a star" w "Can't Knock The Hustle".

No ale przyznajmy, że Reasonable Doubt tłumaczyło arogancję czarnoskórego macho. W opozycji do jego aktualnych dokonań, mocno jazzowy, nie pozbawiony brudów edycyjnych, spontaniczny, poziomem nawiązujący momentami ("Friend Or Foe", "Bring It On") do wybitnego Illmatic był debiutem co się zowie. Łaknący błyskawicznego dostrzeżenia i aprobaty Jay nie wykazywał zupełnie tremy żółtodzioba, wyzywająco demonstrując chęć dokonania przewrotu w zastanej hierarchii MCs. Nie dziwią zatem rozliczne mrugnięcia, na czele ze wspomnianymi nawiązaniami do opus Nas, hołdem (niefortunne to słowo, z racji roszczeniowej postawy i generalnie buty składającego, ale niech zostanie) dla The Chronic w postaci singlowego "Ain't No Nigga", czy bardzo outkastowym "Cashmere Thoughts", którego (taka ciekawostka) mocno przypomina zaserwowany ostatnio przez Big Boia Speakerboxxx'owy wesołek "Bowtie".

Drugie najważniejsze dzieło w dorobku Shawna Cartera to z pewnością The Blueprint z 2001, na którym to postanowił wykorzystać rosnącą popularność dla ostatecznego (przynajmniej w zamyśle) rozprawiania się z rywalami (a nawet wrogami), dosrywając miedzy innymi znielubionemu Nas. "You said you been in this ten / I've been in it five smarten up Nas / Four albums in ten years nigga? / I can divide / That's one every let's say two / Two of them shits was due / One was 'naah' the other was Illmatic / That's a one hot album every ten year average and that's so lame / Nigga switch up your flow / Your shit is garbage, but you try and kick knowledge?".

Ale płyta ta to nie tylko przesadnie egzaltowane próby egocentrycznego agresora, a raczej świadectwo dorosłości artystycznej. Przyznam się zresztą, że zadziwiająco gładko przychodzi mi przymykanie oczu na wszelkie kwasy, przygłupie, czy nazbyt ciężkawe liryki Jazzy'ego. Jego styl polegający na mówieniu "od serca" i "co ślina na język przyniesie" implikuje całe masy dość infantylnych treści. Wypluwane z zupełnym brakiem krępacji, pełne osobistych zwierzeń, przeprosin czy wyrazów miłości są zapisem dialogu wewnętrznego brooklyńskiego nigga z otaczającym światem. Zazwyczaj jednak niedoskonałości te rekompensuje świetny flow, no i podkłady.

Tak właśnie prezentuje się ostatni (wow, dwuznaczność udało mi się zawrzeć) krążek Jay'a. Ekshibicjonistyczny i (przypomnę) łopatologiczny ton jest obok wątku autobiograficznego jednym z głównych wyznaczników osobliwości The Black Album. "I would like to thank God (God, Allah, Jehovah). I'm not sure of your name or gender (male, female, or simply energy), I am sure of your existence", przeczytamy w mrocznej, czarno-białej (raczej czarno) książeczce. Poszczególne kompozycje możemy podzielić na mniej lub bardziej wypełnione podobnymi refleksjami, wszystkie łączy jednak ciężar gatunkowy dzieła, w którym artysta postanowił rozprawić się ze swoją przeszłością.

Rozpoczyna historia dzieciństwa ("December 4th") prowadzona przez parę narratorów: kochającą mamusię i synka. Dalej chwile nostalgii i powagi ("What More Can I Say", "Moment Of Clarity", "Threat") przeplatają się z odsłonami bardziej luzackimi, opowiedzianymi z większym dystansem i popartymi potężniejszym bitem ("Dirt Off Your Shoulder", "Justify My Thug", "99 Problems"). Tętniące koncertową aurą, bossowskie "Encore", wspaniale złożone, jeden po drugim, z klawiszowym popem cukierkowatego "Change Clothes" (na pewno kojarzycie choćby za sprawą pedalskiego falsetu z refrenu), wprowadzają album w środkową fazę, w której na uwagę zasługuje szczególnie duet wspomnianych "Moment Of Clarity" i "Threat". W przekroju całości zaskakująco bogato wypadają wielowymiarowe aranżacje, zwłaszcza gdy zorientujemy się, że efekt ten został osiągnięty mimo restrykcyjnie przestrzeganej rezygnacji ze wstawek jazzowych i czyszczącej najdrobniejsze szumy produkcji.

Druga część The Black Album wydaje się być jeszcze okazalsza od poprzedniej, gdzie bryluje rozbounce'owane, opór centralnie kołyszące "Lucifer", równie zaraźliwe jak "Keep It Movin" Missy. Na pożegnanie czeka nas wyciszenie. Kruche i delikatne "Allure" z orkiestrowym partiami, oraz pożegnalne "My 1st Song" nagrane z właściwym albumowi rozmachem wspaniale puentują nie mające wyraźnie słabych punktów dzieło, które nawet w momentach kryzysowych zawsze wychodzi obronną ręką, posiłkując się choćby wyrazistością czy koncertowym potencjałem.

– "So this time John Wayne does not walk off into the sunset with Grace Kelly?"
– "Well, actually he does"

Jacek Kinowski    
5 kwietnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie