RECENZJE

Jay-Z
Kingdom Come

2006, Roc-A-Fella 5.2

Kiedy trzy lata temu plastikowi heroldzi z muzycznych telewizji obwieszczali abdykację króla komercyjnego hip-hopu, żegnaliśmy go razem z bratem z nieskrywanym przekąsem, żeby nie powiedzieć sarkazmem. Zważywszy, że jeszcze przez pół 2004-tego jego kawałki śmigały po radiowych i telewizyjnych playlistach, a nie tak dawno można było nadziać się na zajeżdżającego zgnilizną trupa z szafy bezguścia w potraci duetu Jaya i Linkin Park, fetowany powrót "prezydenta hip-hopu" (ej, obczajcie polskiego lektora w reklamie HP... no żesz kurwa) to zjawisko z kategorii "zima zaskoczyła drogowców".

A mogło być tak pięknie. Black Album mimo tej całej otoczki "piszę historię na twoich oczach, zią" pozostawiał po sobie zdecydowanie pozytywne wrażenia. Utwierdził w przekonaniu, że o to nie ma ci, jak mainstream długi i szeroki, birbanta obdarzonego bardziej wysublimowanym flowem, hulaki podpierającego obligatoryjne przechwałki o zawartości portfela panczami skrojonymi równie stylowo jak garnitury, w których chadzał. Rożne paniczyki i pretendenci do tronu wypadali przy Jayu, jak reprodukcja Rembranta na srajtaśmie. Gdyby, się wstrzymał jeszcze kilka lat, to, przy niezmiennym poziomie lanserki prezentowanej przez wesołą gromadkę krzykaczy obwieszoną kosztownościami o wartości PKB małego państwa, sami byśmy złożyli się na wieli reflektor a'la Batman rzucający na gwiaździste niebo napis "Jigga wracaj!". Niestety, panie sędzio – proszę odgwizdać spalony!

Pierwsze trzy bity Just Blaze'a są jak fanfary obwieszczające pojawienie się władcy – pełne przepychu, lekko przesadzonego solowego blichtru, a co najważniejsze budzą dreszczyk emocji, ze może jednak mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Niestety gdy błyski fleszy słabną i pojawia się sposobność by dworzanie przyjrzeli się królowi, z rozżaleniem trzeba przyznać, że czas go nie oszczędził. Na niegdysiejszym kuloodpornym stylu pojawiają się pierwsze zmarszczki i bruzdy. Nie no, nie to, że całkowity zanik majestatu. Są przecie takie błyskotki jak "Lost One" i inne bezbłędnie bujające kawałki Dr.Dre. Hova trzyma równy dostojny krok z grubsza przez cały pochód po czerwonym dywanie. Im bliżej końca trudno jednak nie odnieść wrażenia, że monarcha nieelegancko sapie ze zmęczenia. Zdarzają się linijki tak puste i ograne, że nie zwrócono by za nie kaucji nawet w najgorszym monopolowym ("30 is the new 20"... yyy nie). Są bity tak nudne i sztampowe, że nie zagrano by ich nawet w największym multipleksie (nieznośne "Hollywood" wykonywany w towarzystwie Beyounce). Najgorsze, że w ostatnich krokach tuz przed tronem Jay-z potyka się o dwie nierówności i zalicza efektowną glebę – faux pas co się zowie. Mowa o przeraźliwie ckliwym "Minority Raport" (traktującym o huraganie Katrina) i maszkaronie spłodzonym przez ulubionego szarpidruta dworek i zamkowych posługaczek Chrisa Martina, nie wiem do czego nadaje się ten bit bo na pewno nie do rapowania.

Paweł Nowotarski    
27 grudnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie