RECENZJE

Jay-Z / Kanye West
Watch The Throne

2011, Def Jam / Roc-A-Fella / Roc Nation 6.5

Koniec roku za pasem, więc wypadałoby nadrobić pewne zaległości. Zatem Tyler? Nieee – tak dobrze to nie będzie, choć wrażliwiec Frank Ocean mignie nam i tutaj. Dzieciaki z OFWGKTA wciąż dzielnie czekają na swoją kolej, tymczasem dziś na warsztacie płyta typów, którzy w tym biznesie siedzą nie od dziś. O Watch The Throne sporo już zostało napisane, ale czy można było Yeezy'ego i Hovę zostawić bez obszerniejszej wzmianki na Porcys? Deontycznie rzecz ujmując pewnie tak; Wojtek jednak uznał, że nie wypada.

Na początek ustalmy pewną aksjomatykę, w obrębie której będziemy się poruszać. Oszczędzę wam co prawda rachunku predykatów ale przyjmijmy za pewnik następujące zdanie: Ktokolwiek jest w stanie, samplując odpowiednio duże połacie dowolnego kawałka Flux Pavillion, wyprodukować słuchalny numer, ten musi być - choćby tylko do pewnego stopnia - geniuszem. Wniosek: Kanye West jest geniuszem. Koniec. Kropka. W "Who Gon Stop Me" nie dość, że (wzorem Timbo) wycina z wiertarkowego "Can't Stop" Brytyjczyka ogromną pętlę i kroi z niej bit, któremu w jakiś sposób udaje się nie wywoływać odruchu wymiotnego, to jeszcze na wysokości 2:12 bez większych skrupułów go odrzuca i zaczyna prezentować coś w rodzaju dziwacznego, autorskiego spojrzenia na dubstep, które, choć opierające się na kompletnym niezrozumieniu tematu, i tak brzmi lepiej niż wszystkie tegoroczne próby wkomponowania tego gatunku w mainstream zza oceanu.

Ale dosyć o dubstepie, bo przecież nie o to się tu rozchodzi. Skoro jednak wystartowaliśmy od bitów, pozostańmy przy nich jeszcze przez moment. West wraz z rzeszą zaproszonych producentów przez większość czasu kontynuują na Throne wątki znane z MBDTF, samplując kogo popadnie (nieważne czy akurat jest to Otis Redding, rumuńskie bliźniaczki śpiewające na dachu czy kolesie z ed bangera następnie zaś wyczyniając z tak pozyskanym materiałem rzeczy które wywołują reakcję w z stylu "co jest kurwa?". Biały szum zamiast werbli w końcówce "Niggas In Paris"? Nina Simone potraktowana autotunem (a któż to dwa lata temu nawinął ''DOA'', co?)? Produkcyjnie na Throne dzieje się momentami tyle, że aż ciężko ogarnąć. Nic więc dziwnego, że w tym temacie album kilka razy spektakularnie zalicza glebę, choć trzeba przyznać, że zdarza się to zupełnie wyjątkowo, a bity w rodzaju tego z "No Church In Wild" czy “Otis” plasują się w ścisłej czołówce listy roku. Dramatycznie słabe ''HAM'', co zauważyłem nie bez zadowolenia, skończyło ostatecznie wśród bonus tracków, podobnie jak, świetne dla odmiany,"The Joy", gdzie Pete Rock dostarcza jeden z bardziej stylowych follow-upów do Donuts, jakie dane było mi usłyszeć. Zagadką pozostaje natomiast tajemniczy motyw grany na oboju, znienacka pojawiający się w dość randomowych miejscach płyty. Rzecz wręcz domaga się głębszej interpretacji, ale trochę mi głupio bo wiem, że za chwilę i tak będą nawijać o hajsie i dupach.

No właśnie. Hajs i dupy. Co tu owijać w bawełnę - tego typu hip-hopowe leitmotivy i na Throne występują w ilościach znacznie przekraczającym zalecaną dawkę dzienną, braggadocio zaś czyha za każdym rogiem. W przypadku Hovy mamy oczywiście do czynienia tylko z pierwszym członem koniunkcji – wiadomo, żona patrzy (ba, zalicza tu nawet porządny featuring), więc Jay znów głównie nudzi o byciu lepszym od Elvisa i doganianiu Beatlesów. Zdarzają się jednak naszej dwójce momenty ciekawsze niż wysokobudżetowy standard. Ciekawie wypada "Why I Love You", Jigga w ''No Church In Wild'' zostawia sporo miejsca na potencjalnie ciekawą interpretację, zaś w ''Made In America'' (''I pledge allegiance to my Grandma / For that banana pudding, our piece of Americana'') dodatkowo sprawia, że łzy wzruszenia obficie kapią mi wprost w kubełek popcornu. W ogóle Jay zdaje się być w zdecydowanie lepszej formie niż na ostatnim Blueprint, czarując miejscami techniką (wspomniane ''Why I Love You'') i generalnie wyrzucając z siebie sporo całkiem porządnych wersów. O ile przy pierwszych przesłuchaniach na pierwszy plan wysuwa się głównie latający cyrk Kanye'go (Justin Vernon i Elly Jackson included), tak bardziej wnikliwy odsłuch nie pozostawia specjalnych wątpliwości co do tego, kto tu jest lepszym raperem. West zaś, świadom chyba różnicy, próbuje ją w swoim stylu nadrabiać grą słów, co wychodzi nad wyraz różnie. Jednak w takich momentach jak ''Gotta Have It'', gdy dwójka zaczyna przerzucać się wzajemnie linijkami, czuć między nimi niezaprzeczalną chemię – wtedy też Watch The Throne osiąga swoje wyżyny.

Jakkolwiek by nie oceniać wspólnego dziełka Westa i Hovy, to, jak już wspominałem, dzieje się tu zwyczajnie zbyt wiele, aby można było mówić o nudzie. O ewentualnym sięgnięciu po Throne powinien chyba zadecydować stosunek do My Beautiful Dark Twisted Fantasy. To kontynuacja dokładnie tej samej rozbuchanej stylistyki, tutaj miejscami nawet bardziej agresywnej (bit do ''HAM''... serio?). Ja to kupuję – jarałem się rok temu, jaram się i dziś, choć w dużo mniejszym stopniu. Bitmejking Westa chyba niejednym nas jeszcze zaskoczy, podobnie jak zaskoczyć może zapowiadana od pewnego czasu nowa płyta Jaya, w stosunku do której Throne pozwala chyba żywić pewne umiarkowane nadzieje.

Marcin Sonnenberg    
22 grudnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja