RECENZJE

Jay-Z
American Gangster

2007, Def Jam 6.4

American Gangster przyszło jakoś tak niespodziewanie, zupełnie nie w stylu Jaya. W zeszłym roku mieliśmy "Show Me What You Got" i całą "aferę" związaną z wyciekiem tegoż utworu do sieci, a tu brak wielkiego szumu medialnego, wielomiesięcznych zapowiedzi oraz całej tej otoczki. Ok, w przypadku tego człowiek jego nowy album nie może przejść bez rozgłosu, tym niemniej można odnieść wrażenie, że tym razem Jay bardziej skupia się na artystycznym wymiarze krążka, a nie ratowaniu swojej posadki w Def Jam i zarabianiu kolejnych milionów. Zawartość American Gangster zdaje się tylko potwierdzać tę tezę.

Nawet jeśli jest to album nierówny, gdzie każdy może łatwo wyhaczyć trzy zdecydowane highlighty oraz tyle samo utworów bez których ten krążek byłby po prostu lepszy, to całościowy obraz nowej propozycji Hovy to dowód, że ten jeszcze się nie wypalił i ciągle ma coś do powiedzenia. Po Kingdom Come pozostały raczej nie najlepsze wrażenia i pytania o zasadność powrotu Jaya, dzisiaj po przesłuchaniu American Gangster można wreszcie powiedzieć, że dobrze się stało, iż postanowił wrócić z emerytury. Ponoć zainspirował go film, kolejna gangsterska opowieść, różniąca się od innych tym że główny bohater jest czarny. Jay potraktował ten film jako materiał do opowiedzenia swojej własnej historii i wyszło mu tu nadzwyczaj dobrze. Bez silenia się na wielkie mądrości, choć ciągle z tą bossowską manierą. Udało mu się stworzyć coś na kształt koncept albumu – spójną historię, której słuchanie jest jak oglądanie kolejnych odcinków ulubionego serialu – ciężko się oderwać. W związku z tym traktowanie American Gangster jako zbioru przypadkowych utworów, jak to często bywa w przypadku hip-hopu, jest nieco niesprawiedliwe, ale sytuacja jest analogiczna jak z dobrym popem – słuchanie pojedynczych tracków również potwierdza ich klasę i w pełni oddaje ich wartość.

10. "Sweet" [6.03]
No i stało się, "Sweet" rzutem na taśmę znalazł się w zaszczytnej dziesiątce, a to minimalne zwycięstwo pozwoliło mu zaistnieć na łamach Porcys. Jay tworząc ten track prawdopodobnie w najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewał się, iż spotka go ta nobilitacja. Co prawda poziom "Sweet" nie przynosi wstydu swojemu bogatemu ojcu, jednak trudno zachować go w pamięci na dłużej. Niby zanurzony w 70s filmowy bas stara się jak może uniknąć przykrego zapomnienia, ale towarzystwo nieco monotonnego bitu niweczy jego starania. Ale nie martwię się, bowiem chwilowy pobyt tych dźwięków w pamięci krótkotrwałej także potrafi dostarczyć kilku miłych chwil. –Wojciech Sawicki

09. "Party Life" [6.3]
Diddy odwalił kawał dobrej roboty, a przecież generacja wtop to dla niego błahostka. Ale spotkaliśmy się tu aby chwalić wielkiego Jaya, a nie kolesia który miał więcej ksywek niż ty lasek bądź facetów. Carter na luzaku wyrzuca z siebie kilka mocnych wersów, a w tle śpiewa wycięty Little Beaver i uśmiecha się klawy bit, no i w powietrzu fruwa też trochę stringów. Koniec już z tymi okrągłymi zdaniami, po prostu "Party Life" to taki zdrowy, nieinwazyjny track który sprawdzi się w wielu okolicznościach, niekoniecznie tych związanych z akustycznymi pieszczotami. –Wojciech Sawicki

08. "American Dreamin'" [6.33]
Bardziej błyskotliwego sposobu na wyrażenie idei "amerykańskiego cudu" nie jestem sobie w stanie wyobrazić. W jednym utworze, w trzech zwrotkach Jay jest w stanie streścić wszystkie najważniejsze aspekty i problemy tegoż zagadnienia, unikając przy tym utartych sformułowań czy sloganów, wplatając w to ponadto szczegóły ze swego życia ("In the clouds of smoke, been playin' this Marvin / Mama forgive me, should be thinkin' bout Harvard"). Dosyć śmiałe oparcie refrenu na utworze wspomnianego w tej linijce Gaye'a to popis dojrzałości i pomysłowości producenta, którym okazuje się być Sean "Diddy" Combs. Trzeba przyznać, że jest to nie lada zaskoczeniem, gdyż ten nie jest raczej postacią kojarzącą się zbyt dobrze, a jak się okazuje na American Gangster jako producent sprawdza się znakomicie, zresztą nie tylko w tym jednym utworze. –Łukasz Halicki

07. "No Hook" [6.4]
Jay funduje nam tutaj techniczny nokaut, jadąc z rymami, których chciałby mieć w swoim portfolio każdy raper, ale prawdę mówiąc tych którzy są w stanie sięgnąć tego poziomu po dziś dzień świat zbyt wielu nie wydał. Zaczyna się od cytatu z filmu, swoją drogą bardzo udanego, a potem już pozostaje podziwianie popisu Hovy. Zgodnie z tytułem, bez refrenu, przez nieco ponad trzy minuty uświadczamy samotnego Jaya i jego fenomenalne wersy. To jest jeden z tych kawałków, gdzie nawet jeśli podkład to co najwyżej solidne rzemiosło, to już samo słuchanie nawijki niesie tyle atrakcji, że cała otoczka nie ma większego znaczenia. Nawet tradycyjne przechwałki czy delikatny diss nabierają tu zupełnie innego wydźwięku: "Please don't compare me to other rappers / Compare me to trappers / I'm more Frank Lucas than Ludacris". W stwierdzeniu, że bliżej mu do głównej postaci z filmu Ridleya Scotta (bohater autentyczny), niż do, w domyśle – cienkiego Bolka, Ludacrisa, to niby typowe zagranie a la Jay-Z, jednak trafność tego ciągle poraża. –Łukasz Halicki

06. "Fallin'" [6.47]
Elegancki hołd oddany muzyce soul lat siedemdziesiątych, zapewne najbardziej laid back kawałek z American Gangster pod względem muzycznym. Lirycznie – jeden z mocniej zaangażowanych. Jay kreśli historię upadku swojego alter ego po raz kolejny w swojej karierze namecheckując Roberta De Niro (wcześniej choćby w "Bring It On" z debiutu) i powołując się na klasyczne gangsterskie obrazy ("Godfather, Goodfellas, Scarface, Casino"). Tym mocnym akcentem powinien kończyć się ten album, dwa następujące po nim bonusy już niepotrzebne. –Tomasz Waśko

05. "Say Hello" [6.6]
Takiego Jaya lubią wszyscy, czyż nie? Produkujący się tu DJ Toomp funduje nam błyskawiczną podroż w przeszłość. Cofamy się razem z nim do pięknych czasów panowania The Blueprint, kiedy to gospelowe wtręty, słodycz smyków i dostojna sekcja prężyły swoje muskuły. Autor potęgi "What You Know" wykorzystując sprawdzone know-how tworzy kawałek odwołujący się właśnie do dokonań Jaya sprzed 6 lat. Szkoda tylko, że "Say Hello" odstaje poziomem od bangerów z opus magnum Shawna, nie przeszkadza to jednak w dobrej zabawie podczas kilkukrotnej repetycji tego kawałka. Doprawdy przyjemna ekspedycja, ale uzależnić się nie sposób. Jay i wstrzemięźliwość, ciekawe. –Wojciech Sawicki

04. "Roc Boys (And The Winner Is)..." [6.83]
"It's a celebration, bitches". Ten wers mógłby stanowić idealne podsumowanie drugiego singla promującego album American Gansgter. Tytułowy bohater albumu osiąga w tym momencie krążka imprezowe, towarzyskie spełnienie – jest KIMŚ, wszyscy chcą go poznać, uścisnąć mu dłoń. Celebracja, podkreślona triumfalnymi dęciakami, trwa w najlepsze. Świadomie koresponduje z lirykami najeżenie kawałka gościnnymi występami. Chórki robią Jayowi Cassie i Beyoncé, tym samym marzenie każdego faceta – te dwie laski koło siebie, w jednym pomieszczeniu – zostaje spełnione. Ale nie spełnia się ono ani mi, ani tym bardziej Tobie, ziom. Spełnia się Jayowi. To on jest KIMŚ, to jego wszyscy podziwiają. Nawet Kanye, który w closerze Graduation zarzucał Hovie kradzież pomysłu na duet z Chrisem Martinem, pokornie wraca do swojego mistrza ograniczając się, podobnie jak dwie wspomniane boginie, do nucenia w tle.

"And the winner is Hov". Znów. Wszystko wraca do normy. –Tomasz Waśko

03. "Ignorant Shit" [7.73]
Prawdopodobnie najbardziej przebojowy utwór na całej płycie, nie mianowany na singiel tylko i wyłącznie ze względu na "shit", "fuck", "bitch" i "ass" – prawa rynku są bezlitosne nawet dla takich szych jak Jay. Just Blaze śmiało sampluje Isley Brothers z ich "Between The Sheets" i nawet jeśli utwór ten można było uświadczyć m.in. u Notoriousa czy Gwen Stefani, to w niczym nie ujmuje to wartości muzycznej podkładu. Prawdziwy hicior, tym bardziej szkoda, że nie pojawi się w formie singla. Znowu mamy subtelny diss i odwołanie do filmu, tym razem dzieła bardziej klasycznego: "Scarface the movie did more than Scarface the rapper to me". Ponadto gościnny występ zalicza tutaj Beanie Sigel i o dziwo wypada nieźle, chociaż to może kwestia tego, że więcej niż te kilka linijek w jego wydaniu nie słyszymy. –Łukasz Halicki

02. "Pray" [7.77]
Moment, w którym gospelowy chór dramatycznie nawołuje "Pray for me" jest prawdopodobnie jednym z moich trzech ulubionych momentów tej płyty. Wiem: za patetyczne, mało odkrywcze, zgoda. Tylko co z tego skoro porusza mnie jak mało co ostatnio? Jay udowadnia w tym numerze, że najlepiej czuje się nawijając nie o drogich markach garniturów czy samochodów, lecz o swoich korzeniach, o doświadczeniach zdobytych na ulicy dawno temu: "Everything I've seen made me everything I am" (przypomina się na zasadzie kontry "Everything I'm not made me everything I am" Westa). Hova wychował się na podwórku, owszem, ale nie jest to powodem do wstydu, wręcz przeciwnie, to tam kształtują się charaktery, tam moralne zasady obowiązują mocniej niż gdziekolwiek indziej. Flow Jaya podkreśla mroczna, intensywna produkcja ekipy The Hitmen, towarzyszą mu też wyłaniające się jakby z nicości mówione kwestie Beyoncé – to jej najbardziej oszczędny w środkach występ od niepamiętnych czasów. –Tomasz Waśko

01. "I Know" [7.93]
Gdy byłem już blisko odwrócenia się od zjadającej własny kabel farelki, ta dość nieoczekiwanie zaczęła działać. Co prawda miała małe spięcie czego efektem jest fatalne "Blue Magic", jednak ten problem nie przeszkodził jej w wygraniu naszego podsumowaniu. Może i patenty w "I Know" nie olśniewają świeżością, ale czy to ważne? Nie sądzę, gdyż Jay-Z w otoczeniu clipse'owej perkusji, przybrudzonego klawisza i elektronicznych wycinanek czuje się znakomicie. Carter i jego jedyny w swoim rodzaju flow świetnie współgrają z tym błyszczącym minimal-cosmic bitem od Neptunes. To tyle, a teraz zgaście światło, załóżcie słuchawki i zawierzcie hebanowemu feelingowi, ci panowie wiedzą jak się robi prawdziwy hit. A o czym jeszcze wiedzą? Odpowiedzi szukajcie w "I Know". –Wojciech Sawicki

Tomasz Waśko     Łukasz Halicki     Wojciech Sawicki    
26 listopada 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie