RECENZJE

Javelin
No Mas

2010, Luaka Bop 6.1

Znowu to samo, znowu muszę wystawić niższą ocenę niżbym chciał. Z gośćmi z Javelin mógłbym rozegrać mecz w Wormsy czy opowiadać wesołe historyjki w pubie, bo tworzą w rejonach popieranych przeze mnie odkąd pani na plastyce powiedziała na jednej z lekcji słowo "kolaż". To rodzinny biznes: w projekcie siedzi dwóch kuzynów, Tom van Buskirk i George Langford, a nazwę wymyśliła im siostra. Ich koncerty są oparte na systemie dwudziestu tęczowych potężnych boomboksów naparzających w publiczność tanecznymi bitami wypełnionymi luźnymi przechodzącymi w bezpośrednie odniesieniami do całej muzyki pop oraz jakimiś bzdurami rapowanymi na poczekaniu. Podobno to wszystko kozaczy na żywo, w Nowym Jorku ostro doznali, na Offie na pewno by się sprawdziło, więc początek szedł w dobrym kierunku, prawda?

Na koncertach wyczaiły ich dwie wytwórnie, wydali parę dem i jeden oficjalny mixtape. Andean Ocean mnie zupełnie nie wkręca, ale te dema, o jeny. Jamz N Jemz, ich kompilacja wydana w 2009 roku, jest lekkim eklektycznym rollercoasterem: Snoop rapuje swoje "Drop It Like It's Hot" do perskich podkładów, pojawia się słodki pop o chorobach wenerycznych, kawałek "Lindsay Brohan" czy podbite chiptunem disco. Całe wydawnictwo przypominało dobrą imprezę, podczas której jednak co jakiś czas rzucasz okiem na zegarek. No, ale wystarczyło poprawić parę spraw, skondensować odpowiednio sytuację i w końcu mogłaby wyjść świetna płyta. Jest przecież radosne brzmienie, jest stymulujące samplowanie wszystkiego ze wszystkim, poczucie humoru i dobre melodyjki. W 2009 roku debiut Javelin zapowiadał się olśniewająco i miał szansę być pod siódemkę.

Nie rozumiem dlaczego, ale z szerokiej gamy świetnych piosenek na No Mas zostały wybrane te nudniejsze. Nie ma tutaj żadnego tribute do bohatera z gry Nintendo ("Soda Popinski", sprawdźcie) czy ryzykownych miksów. Jest za to dużo uroczej elektroniki osadzonej w duchu nostalgii do przeszłości. Javelin ma podobne źródła inspiracje co większość twórców chillwave, ale zabiera je w zupełnie innym kierunku. U nich ten cały J Dilla, słodkość i wanilia wysyła Javelin w stronę spokojniejszej wersji Go! Team i Avalanches. Słuchając tej płyty widzi się to wesołe miasteczko jakie odwiedzało się z Thunder, Lightning, Strike, ale z wyraźnie wyłączoną częścią generatorów prądu. Pojawiają się tutaj świetne utwory jak 8-bitowe "Oh! Centra" z dziecinnymi chórkami czy "Intervales Theme" nawiązujące lekkością do "Everyone's A – V.I.P To Someone". Tylko, że w tym nostalgicznie radosnym brzmieniu bezpowrotnie giną, bo reszcie zabrakło mocnych melodii by być bardziej zapamiętanym.

Javelin mają spore szanse do nagrania listowej płyty w przyszłości. Słychać to w ich podejściu do melodii i odważnych krokach podjętych na demach. Mam nadzieję, że nie zawiodą, bo w końcu trochę tęsknimy za dobrą muzyką w tych rejonach.

Ryszard Gawroński    
1 września 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie