RECENZJE

Jason Molina
Pyramid Electric Co.

2004, Secretly Canadian 5.0

Nie wiemy co się stało z zapałem głównej postaci Songs: Ohia, Jasona Moliny. Czy przeżarł go zawód miłosny ("ot"), czy zmiótł go z powierzchni ziemi brak odpowiedzi na pytanie o sens życia, czy też wypalił się sam z siebie. To nadinterpretacja, powiedzą niektórzy: może taki a nie inny obraz solowego Pyramid Electric Co. nie jest efektem czegoś, a zwyczajnie realizacją pomysłu na album? Składa się na niego powrót do operowania ciszą jako elementem, lub nawet ozdobnikiem utworów, ograniczenie używanych instrumentów do dwóch, słowem stonowanie piosenek do poziomu, w którym – by nie narażać się fizycznej odporności odbiorców – nie mogą już być spokojniejsze. Hm, jak na taką tezę za duży jest kontrast między "wczoraj", czyli dwuletnim teraz Magnolia Electric Co., krążkiem żywym, niekiedy nawet głośnawym, obfitym w pobudzające do aktywności deklaracje, a "dziś" ("dziś" – płyta ukazała się w zeszłym roku o tej porze), czyli tym neurotycznym, lękliwym Pyramid Electric Co.

Album ów stawia słuchaczowi warunki, zdecydowanie domaga się od niego stanu zatrzymania, być może wyobcowania, być może nawet melancholijnego odrealnienia. Niezły ładunek, wiem, ale dopiero przy jego dosięgnięciu może dojść do pełnego porozumienia na linii nadawca-odbiorca: tylko wtedy kontakt z płytą przybierze formę koleżeństwa, lub nawet przyjaźni. W innych okolicznościach przyrody trudno o zrozumienie tych siedmiu długawych piosenek ("piosenek"). Nie tłumaczą ich bowiem nieprzystępne kompozycje, ledwie naszkicowane cienką (czarną) linią delikatnie plumkającej gitarki (tudzież pianina), mieszającego w umyśle, pątniczego wokalu (pół-śpiewającego a pół-deklamującego) Moliny, no i samą ciszą. Ta ostatnia pęcznieje: w dziwacznym złudzeniu wydaje się tu jej być tyle, co samej muzyki. Albo i więcej.

Utwory Pyramid Electric Co. są w swym kształcie zbyt niewyraźne, zbyt palcem pisane po wodzie, by móc bez odpowiedniego treningu przywołać w pamięci dłuższy ich fragment. Stanowi to podstawę specyfiki solowej płyty Moliny (zaraz, czy tak nie nazywał się też bramkarz Atletico Madryt, którego Citko mistrzowsko ukorzył za zbyt dalekie wychodzenie z bramki?). Dla jednych ta forma będzie uwolnieniem i ucieczką, innym przysporzy raczej klaustrofobicznych skojarzeń. Yup, w większości będzie grupa, którą ten "silent-folk" wprowadzi w ciasnotę, co zresztą nie dziwi, skoro Molina podczas sesji nagraniowej całe noce spędzał w zamkniętym, pozbawionym okien (jakże by inaczej) studiu, czując się najpewniej jak w jakiejś skrzyni, pudełku. Ludzie relatywnie często odczuwający ciągoty do wyizolowania się w podobnych przestrzeniach będą płytą zainteresowani; inni raczej nie mają tu czego szukać.

Jędrzej Michalak    
17 lutego 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja