RECENZJE

Japandroids
Post-Nothing

2009, Unfamiliar 7.5

Na początku wcale nie było słowa – na początku była wątpliwość. Nie podobał się tytuł, nie podobał się znaleziony w sieci live. Przeszkadzała świadomość, że to pewnie jakieś kolejne cwaniaki z dobrych domów, grające nu-indie w podartych fabrycznie koszulach. Na fali tego dystansowania przypominały się zespoły pokroju No Age, o których mało kto pamięta, a przecież do niedawna miały zbawiać bezkompromisowy rock. Skąd ten sceptycyzm zapytacie? No cóż, jeśli czegoś nie przeoczyłem, to aktualnie ludzkość radzi sobie lepiej z globalnym ocieplaniem niż z graniem solidnego garażu. Nie ma powtórki z Repeater, akcji jak z At Action Park a Call The Doctor może sobie dzwonić do usranej śmierci – nowy Doolittle się nie pojawia. W tych smutnych czasach ktoś kondensuje całą Sicz Zaporoską i całkiem niespodziewanie wypuszcza najbardziej kozacki krążek 2009 roku. Nie jest to najbardziej nobilitujący tytuł, jaki mogę sobie wyobrazić, ale nie ma co narzekać. No tak, zapomniałem – Japandroids.

Tyle hałasu o dwóch gości i od dwóch gości, którzy w poziomie wydobywanych decybeli na jednostkę ustępują chyba tylko Lightning Bolt. Tyle, że to jest trochę inna muzyka. Nie mająca aż takich noisowo/hardcorowych naleciałości. W zasadzie opierająca się zarówno na wzorcach indie-rockowych: Superchunk, Polvo, Plastic Constellations, jak i na latach Dischordów czy walijskim McLusky. Poza tym dla wielu Post-Nothing może stanowić całkiem udaną próbę przerzucenia mostu nad oceanem dzielącym brytyjskie pogłosy, przestery, przestrzenie z garażowym, brudnym, zadziornym brzmieniem amerykańskiego undergroundu. Niegłupie w tym wypadku byłoby nawiązanie do twórczości Six By Seven, tyle że Japandroids zdają się mieć jeszcze większy potencjał.

Pamiętam, że gdy po raz pierwszy zapuściłem sobie Post-Nothing przyszedł mi do głowy otwieracz rewelacyjnej a bardzo zapomnianej Skag Heaven - zadziwiająco czysty głos zestawiony z szalejącą, pozornie gubiącą rytm, perkusją. Mimo wszystko uciekające sekundy "The Boys Are Leaving Town" przynosiły lekkie rozczarowanie – perkusja, po prawdzie zajmująca, ale generowany powoli hałas (niczym na jakimś Boris) oraz niezbyt wciągający, powtarzający jedną frazę, wokal, przyprawiały o znużenie. No tak, do 1:45 można było sobie troszkę ponarzekać. Co się dzieje potem! Jaki refren! Zresztą, walić refren – perkusja! Elektrony tlenu w waszej okolicy będą musiały weryfikować swoje orbity, by nie spotkać się z Waszymi rękami, nogami, czymkolwiek. "Przepraszam, czy tu biją?". Nie, kurwa, napierdalają!

Dobra, poza świetnym waleniem w bębny i wciągającymi pomysłami na to, co zrobić z gitarą, mamy tu coś jeszcze – wszędobylskie szefowanie. Coś jak cytowanie Nasa przez Dulliego na najlepszej płycie Afghan Whigs czy nieśmiertelne "We take more drugs than a touring funk band" na Do Dallas. Brian King (sic!) z bezwzględnym uporem wyrzuca z siebie kolejne linijki, sprawiające że nie ma szans zacytować fragmentu – trzeba od razu lecieć po całości: "She wears white / six days a week / she was just / one of those girls / and if you're lucky / on the seventh day / she'll wear nothing / she was just / one of those girls / after her / i quit girls". I nawet jeśli ten numer dość mocno przypomina mi o Jawbox, to bardziej zajmuje mnie myślenie, jak by to wszystko upchnąć w opisie na gadu?

Wojtek mi coś pisał o harmoniach w "Young Hearts Spark Fire" a mnie to wciąż śmieszy, bo we dwójkę to sobie można tańczyć tango a nie uskuteczniać harmonie. No bo wyobraźcie sobie, że ktoś Wam zadaje, stare jak świat, pytanie: "ilu punków potrzeba, aby wkręcić żarówkę?" No to myślicie sobie: "Szesnastu – jeden wkręca a piętnastu poguje". No i przegrywacie w tym konkursie, bo wystarcza dwóch, którzy jeszcze przy okazji będą się wokalnie dopełniać, jakby spotkali się pod prysznicem. Albo raczej w kuchni, biorąc pod uwagę ilość rozbijanych talerzy. W kwestii lirycznej wkrada się tu jakieś meta-kozactwo z przejściem od "Oooohhh! / We used to dream / Now we worry about dying" do "I don't wanna worry about dying / I just wanna worry about sunshine girls".

Oczywiście możecie powiedzieć, że my się tu jaramy jak na okładce RATM-u, a o No Age nawet nie wspomnieliśmy. Jakby to powiedzieć, Nouns to była ciekawa, inteligentna płyta, tyle że z takim graniem to jest trochę tak, jak ze spotkaniem starego kumpla po latach – nie obchodzi Cię, po co przelewa jakieś gówno w laboratorium, tylko czy komuś wyżarło już dziurę w łapie! Szybko, konkretnie i do rymu. Słyszałem takie Closer You Get i widzę pewne podobieństwa, tylko że tam to się rozmywa przez jakieś klawisze, bas a czasem nawet ckliwość a Post-Nothing jest surowe jak dura-lex. Ogromna zaś przestrzeń rozciągnięta pomiędzy dźwiękami gitary a dudnieniem perkusji pozwala się tym dźwiękom nieźle wyszaleć. Wszystko jedno czy w prawie tanecznym, ciętym "Rockers East Vancouver" (benefis Prowse'a w "refrenie") czy jednostajnie przyspieszonym "Hearts Seats", który może nie jest arcydziełem, ale lubię o nim myśleć jako o fikcyjnym featuringu Harringtona na jakiejś starszej płycie Queens Of The Stone Age.

Apologia włosów po kąpieli czy "Sovereignty" to raczej ta druga, bardziej indie-rockowa noga, wysysająca soki z wesołej chwackości debiutu Superchunk ("Slack Motherfucker" – jaki to jest dobry kawałek) i podkręcająca lekko ich motorykę. Zresztą także w przypadku porównań do Polvo czy Plastic Constellations, musicie pamiętać, że to jest komponowane na dwa instrumenty, więc surowiej, bardziej garażowo, no i z wiadomych względów bez jakiś rytmicznych zagrywek na lini bas-perkusja itd. Pozostając w skali mikro, denerwować może tylko "Crazy/Forever" – trochę jednak za długi, powolny, więc bardziej hard, niż punk i chyba zbyt podniosły w kontekście pozostałych piosenek na Post-Nothing.

Przechodząc do skali makro mamy tutaj oparty na zadziornych motywach produkt zawadiackiej młodości ("It's raining, OH-OH! in Vancouver/ But I don't give a fuck/ 'Cause I'm far from home tonight"), epikurejską retorykę, która niesiona wiatrem garażowej produkcji, zdolna jest zapełniać korytarze nawet w japońskim hotelu Sofii Copolli, soundtrack do wakacyjnych wyjazdów DIY a także świetnie rozpoczynającą się muzyczną przygodę. Oby tylko nie zdziadzieli zbyt szybko!

Jan Błaszczak    
22 maja 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie