RECENZJE

Japandroids
Celebration Rock

2012, Polyvinyl 6.5

Frajda. To słowo pojawia się zawsze, gdy pojawiają się Japandroids. Ich pierwszy album dostarczał jej w nadmiarze – wylewającej się z ciepłego soundu, młodzieńczej energii i realizujących ją zdaniach-sloganach o ciężarze poezji. Wrażenia te mógł jeszcze spotęgować koncert. Ekwiwalent Nirvany? Nikt tak nie myślał, każdy jednak wierzył w podobne mrzonki, zdając sobie sprawę, że być może urodził się za późno, jednocześnie całym duchem afirmując tę młodość, która przetaczała się po scenie i widowni, a która przecież mogła szybko i bez śladu wsączyć się między klubowe deski. Na dworze śnieg i mróz. Tam skrzypiały gitary. Lutowa zawieja? A w środku łamiące się nogi i bębny, które uginały publikę. Później wódka by uspokoić krążenie. A noc się jeszcze nie skończyła, gdyż po kilku strzemiennych, wysadziło nas ze strzemion PKP, także pełna parą biegliśmy za pociągiem jak Cybulski. Co za noc! Choć bez róż. Cóż, zima.

Teraz zaś te motyle konfrontuję z Celebration Rock, od początku wiedząc, że to jej nie posłuży. Kto właściwie kiedykolwiek chciał rozmawiać o Japandro? Wszyscy widzieli na czym zbudowano ten zamek z kart, lecz przecież z twarzy nie schodził uśmiech jokera. Od pierwszego wejrzenia – zauroczenie. Po dwóch latach musimy jednak poważnie porozmawiać. Czasownik "celebrare" ma kilka znaczeń. Jednym z nich jest "sławić", innym zaś: "powtarzać". Oba mogą definiować nowy album Kanadyjczyków. Trochę kopii i trochę powtórek fundują nam chłopaki. Nie sposób nie zauważyć na przykład, że początek "Fire's Highway" przypomina największy hit zespołu, że teksty układają się w tę samą panoramę, jednak nie trafiają w sedno tak często jak kiedyś, że różnego rodzaju pohukiwania i power-chórki tuszują niektóre sprawy jak w Słowikach, a od ich długiego słuchania można się przecież rozchorować. Zamiast pewnej intymności którą prezentowało Post-Nothing, dostajemy jej wersję spectacular.

Celebryci z przypadku? Nic z tych rzeczy, bo z drugiej strony chłopcy wracają do miasta, pokazując, ze nawet bąbelki z szampanów mogą podziałać upojnie w świetnym towarzystwie. O dwóch singlach z tej płyty napasaliśmy już w skowronkach, cover The Gun Club – owszem działo, także pierwsze dwa kawałki prezentują się solidnie, nawet pomimo pompy refrenów. Zaczynam wierzyć, że tu gra osobowość i charyzma. Wątki Springsteenowskie szczególnie ciekawie prezentują się w kontekście nadchodzącego święta. Czujemy atmosferę stadionów, które większość z nas obejrzy tylko z zewnątrz. Czy przeszkadza mi takie spotkanie? Jasne, pewnie lepiej byłoby celebrować w rozszalałym tłumie. Mogłoby też trwać nieco krócej, środek pola zostawić grajkom, a nie wirtuozom. No, ale przecież kiedy już padnie ten gol, to wybuch radości jest powszechny. I zawsze ucisza krytyków.

Wawrzyn Kowalski    
31 maja 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie