RECENZJE

Jane's Addiction
Strays

2003, Capitol 2.0

Reaktywacja Jane's Addiction. W dobie nie nadążania za nowymi zjawiskami taka informacja nie jest raczej w stanie wywołać u mnie spazmu rozkoszy, powoduje co najwyżej uśmiech poirytowania (jeszcze jedna płyta z tego roku? what the fuck for?). Każdemu kto przekonałby mnie, że po kilkuset tygodniach przerwy, jałowych próbach Farrella z Porno For Pyros i przeciętnym jak barszcz One Hot Minute Red Hotów kapela powróci z bardzo dobrym albumem (powiedzmy na listę roku) pozwoliłbym wybrać ochraniacze na moją pielgrzymkę do Częstochowy. Przysięgam, że pod bramy Jasnej Góry zasuwałbym na kolanach. A propos tego miasta – czy wiecie, że Perry Farrell tak naprawdę nazywa się Simon Bernstein i jest Żydem? Sprawdźcie jego nos i kruczoczarne włosy. Otacza nas Judeopolonia!

Zakładając Jane's Addiction Farrell liczył sobie dwadzieścia siedem wiosen. Miał tatuaże i lubił szokować. Nie palił. Bywał transwestytą, męską prostytutką, punkiem, surferem, a nawet narkomanem. Stroje i zachowania sceniczne członków Jane's Addiction komponowały się podobno w obraz jednego z bardziej niezwykłych kalifornijskich koncertowych zespołów tamtego okresu. Nie słychać tego na self-titled – chaotycznym, ale pozbawionym szaleństwa i lekkiej nutki dekadencji debiucie. Owszem, Jane's Addiction to interesujący krążek: zwłaszcza jak na pierwsze fonograficzne wydawnictwo, będące w dodatku zapisem występu live, można tu odczuć potencjał i głęboko na razie ukrytą niezwykłość. Natomiast same kompozycje z jednej strony rozpływają się poprzez skłonności do nie-skoncentrowanych, mało przejrzystych form, z drugiej nie do końca składają się w jakąś ekstatyczno-narkotyczną jazdę. Ot, odrobinę lepiej niż zwyczajna płytka.

Dopiero na Nothing's Shocking sprostali wyzwaniu, czyniąc ze swojej rozlazłości wartość i tworząc oryginalny styl, tkwiący co prawda w korzeniach wczesno-metalowych, ale wyraźnie eksponujący psychodeliczne oblicze. W oparciu o hard-rockowe podłoże Navarro wspólnie z Farrellem potrafili wyczarować otwartą, kosmiczną przestrzeń, realizując w gruncie rzeczy ambitne, wręcz buńczuczne zapowiedzi z okresu przed podpisaniem kontraktu z dużą wytwórnią. Do tego doszło kilka mistrzowskich linii basowych Erica Avery'ego (motyw na którym oparte są luźne impresje "Ted, Just Admit It" nie raz chodził mi po głowie przez dobrych kilka miesięcy od zakupu), nowa, wygładzona wersja "Jane Says", zabawny jazzowy pastisz "Thank You Boys...", dowcipny funk "Standing In The Shower Thinking" oraz pamiętne dęciaki Flea, Dowda oraz Moore'a w "Idiot's Rule".

Chociaż trudno to odczuć, wydana dwa lata później Ritual De Lo Habitual jedzie jeszcze na sesji Nothing's Shocking. Trzeci album nie jest już dziełem tak dopracowanym. Trudno wyobrazić sobie bardziej ignoranckie podejście do konstrukcji płyty, niż jaskrawy podział na dwie części – pierwszą funkową, drugą złożoną z psychodelicznych tasiemców. Nie mówiąc już o tym, że krótkie, radosne kawałki mogły być ciekawe kilka lat wcześniej, kiedy heroinowe zacięcie i głos Farrella brzmiały rześko, jednak same w sobie nie powodują spustoszenia. Zwięzłe piosenki wypadają więc zaledwie solidnie, no może z wyjątkiem żenującego "Been Caught Stealing", rozpoczynającego się od shitnego efektu ujadającego psa, którego to wkurzającego szczeku nie wytrzymuje nawet mój piracki kasetowy egzemplarz Ritual. O wiele fajniej prezentują się: mistyczno-okultystyczny odlot "Three Days" (nie wolny od przynudzania, ale emanujący energią i spontanicznością), a także – formalnie dopracowany, subtelnie eksperymentalny epik "Then She Did" oraz dające świadectwo kulturowych korzeni lidera "Of Course".

W 97 roku uświadczyliśmy jeszcze wydanej trochę na siłę koncertówki Kettle Whistle i tak dochodzimy do pierwszego od kilkunastu lat studyjnego dokonania Jane's Addiction. Przez grzeczność nie powiem o nim za dużo – może tylko tyle, że sens tego powrotu jest trudny do uchwycenia. Nie mógł być on chyba spowodowany chęcią nagrania jednego z gorszych podniosłych, uduchowionych closerów ostatnich lat, kaszaniastej akustycznej pieśni, czy podrasowanego nu-rocka. Sposób kreowania przestrzeni powiela schematy z Nothing's Shocking, dodając do nich sporo kiczu, a produkcja wokalu, denerwująca już na Ritual, tutaj staje się nie do zniesienia (kto wymyśla te głębokie echa?). Zaśpiewy Farrella na Strays zbliżają się do ekstremum braku wyczucia melodii, wspinając się w rejony do tej pory dostępne jedynie gostkom ze sceny nowego metalu. Ah, i prawie zapomniałbym wspomnieć o zestawie twardych riffów i bardziej-wtórnych-nie-pamiętacie solówek gitarowych. Kilka funkowych zagrywek i miłych basowych groovików z trudem ratuje przedsięwzięcie od całkowitej kompromitacji. Mimo wszystko trudno wyobrazić sobie gorszy album w wykonaniu Jane's Addiction.

Michał Zagroba    
1 października 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie