RECENZJE

Janelle Monáe
The ArchAndroid

2010, Bad Boy / Wondaland Arts Society 6.4

KM:
First Name: Janelle
Surname: Monáe
Sex: Not visible
Age: Not visible
Country: USA
Interested in: C.R.E.A.M., redefining music, emancipation, hairdressing, future
Occupation: Musician
Styles: Any
Groups: Wondaland Arts Society
Friends online: Fritz Lang, Big Boi, Lady Gaga, Jesus, Raphael Saadiq, P. Diddy, David Bowie, Of Montreal, Erykah Badu, George Lucas, Stevie Wonder, Renée Cox, Pitchfork, Sun Ra, Octavia E. Butler, No Doubt, George Clinton, Turanga Leela, Cee-Lo, Grace Jones, Juan Atkins, GAP, Saul Williams, Muhammad Ali, Liza Minnelli, Sly Stone, Brigitte Helm, Pop Matters, Herbert von Karajan, Patti LaBelle, Alondra Nelson, Barack Obama, Natasha Vita-More, Salvador Dali, Stanislaw Lem, Klaus Nomi, Nona Hendryx, 24-7 Spyz, Karl Marx, Judy Garland, Michael Jackson, John Lennon, Chrisette Michele, Paul Hindemith, Bruce Sterling, James Brown, St. Vincent, Walt Disney, Björk, Peter Tchaikovsky, Todd Rundgren, Che Guevara, André 3000

Send Janelle a message:
Hey ya, nawet spoko, ale Twoja ambicja sprawia, że wyglądasz dosyć brzydko. Pozdro z Polski.
Sincerely, Krzysztof

FK: Przestrzeliłbym z przyjemnością ocenę The ArchAndroid, ale nie pozwalają mi dwa szczegóły. Pierwszy to niemal wszechobecna funkująca gitara, którą Janelle włożyła do wszystkiego, co nie jest słabszym, powolnym fragmentem. Okazuje się, że nawet największe frykasy mogą się znudzić podawane przez rurkę do gardła. Drugi jest trochę mniej istotny, ale ja nie wiem, na ile Janelle robi tą okładką i rozmachem (suity gotowe już jakiś czas temu, 18 indeksów, Of Montreal, a szerzej – chorobliwy eklektyzm) psikusa, a na ile przypadkowo tylko ściga się z Badu. Korzystając z prostych internetowych narzędzi można rozstrzygnąć te moje wątpliwości, ale wierzcie mi: rzadko nie wiemy, ile naprawdę nie wiemy.

Do rzeczy – Janelle w pierwszych dziesięciu minutach udowadnia, że ma rzeszę dobrych doradców i świetnie radzi sobie z każdą szeroko eksploatowaną stylistyką pomiędzy Prince'em i balladowym teen-popem. Do połowy "Locked Inside" słuchałem tego albumu najczęściej i zawsze to chciałem przestrzelić i to duuużo. Zmiany następują szybciej niż w sobotę przybywało wody na Kozanowie, a sprzyja im suitowość i płynne przechodzenie z indeksu do indeksu. Potem następuje – studzący emocje – kawałek z gatunku powolno-kołysankowych, a potem już umiem nad sobą zapanować, nawet jeśli chwilę potem Janelle hardo Beyonce'uje a potem wchodzi "Tightrope", które koniecznie trzeba przestrzelać, żeby terapią szokową wyzbyć się z pamięci oceny wystawionej przez PN. Suita druga (czyli trzecia właściwie) trzyma poziom, tyle że niższy, bo żadnego okołolistowego singla nie dałoby się z niej wyciąć. Nadal nie przekonują mnie pomyleńcy z Of Montreal, prawie orkiestrowość "57821" jest nudna i można tak dalej strzelać. Wciąż jest tu wachlarz kolorowych inspiracji, ale co z tego, skoro zaprezentowanych raptem nieźle a momentami na nudno?

Chciałoby się, żeby The ArchAndroid było tegodekadowym, współczesnym Off The Wall, ale no... nie jest. Inna sprawa, że umiarkowanie się zdziwię, kiedy za kilka miesięcy dojrzeję i umieszczę płytę w prywatnych rankingach. Zawsze mogę wtedy wytłumaczyć niekonsekwencję potrzebą rozsmakowania się w całym ogromie odniesień, czy coś innego.

MHJ: Kalejdoskopy "dóbr" bywają męczące, więc zrazu stałam się sceptyczna. No, ale z ciągłej tęsknoty za osobowością sceniczną i przez to, że aranżacje, choć z różnych gatunków i różnego wszystkiego, mają uroczą dyscyplinę, skusiłam się na uznanie i POLUBIENIE. Płyta polega trochę na namacalnym odczuciu spiżowej mocarności, w pozytywnie przerysowanym tego sensie. A na sens ten i inne, składa się kumulacja producentów, konceptu, musicalowości, mnogości i zakładów krionicznych oraz wizerunku Janelle i jej ekwilibrystycznych modulacji głosem. Co do quasi-zapychaczy (takie "57821"), występujących obok butnych, gęstwiniastych utworów, to uważam, że odnajdują się całkiem zgrabnie i nie przesadnie karciłabym je za nudziarstwo. Ostatecznie wprowadzają oddychającą, futurystyczną przestrzeń, dość naturalnie wpasowującą się w narzuconą konwencję sci-fi i opowieść o androidach. W obliczu wszystkich "multumów", zdecydowanie nie radzę sobie z ogarnięciem popisowych wcieleń wokalnych. Potrafiących brzmieć przeciągle i rozdzierająco, jak u Shirley Bassey (zwłaszcza w "BaBopByeYa"), słodko-niewinnie, szarpiąco, melorecytacyjnie – wskakując w coraz nowe role, Janelle porusza się zwinnie jak sprytna lisiczka. A z czym niekoniecznie chcę sobie radzić, to "Make The Bus" ft. Of Montreal (roztwór przesycony?), tego można było uniknąć. Tak czy nie, "zachęcam do lektury". "Tak opowieść się zaczyna / jaka taka jaka taka".

ŁK: Nie będę tu balansował jak Filip i od razu stwierdzę, że The ArchAndroid dotyka świetności. Musi tak być, skoro to niemal siedemdziesięciominutowa płyta, której mogę słuchać w całości dwa razy pod rząd w ogóle przy tym nie cierpiąc i nie mając jej później dość. Jak imponujące jest debiutowanie koncept-albumem rozmiarów Embryonic, który w jednej chwili nawiązuje do Jamesa Browna, w innej do brytyjskiego folku a później cytuje Debussy'ego? Jest to też ruch ryzykowny i potencjalnie idiotyczny. Ale płyta Monáe zgrabnie unika pułapek - piosenki są dobre, bezpretensjonalne i przystępne. Występuje ten czynnik "wow, o co chodzi", który znamy choćby z podobnie monumentalnej zeszłorocznej płyty Sa-Ra, ale raczej nie z powodu szokujących utworów, ale zaskakującego ich zestawienia. Jest tu track pod tytułem "Neon Gumbo" i tak właśnie można otagować treść The ArchAndroid. Tropy porozrzucane są dookoła – latino kołysanie w "Dance Or Die", szkielet "Rock Lobster" B52's w "Come Alive (The War Of Roses)", może nawet melodia z "Boulevard Of Broken Dreams" Green Day w otwarciu "Cold War". Kolory zmieniają się jak w kalejdoskopie, czasami mieszając się tak, że trudno je rozpoznać. Czy gitara w "Faster" to funk czy już skoczny biały post-punk? Czy "Cold War" to "B.O.B." czy Dismemberment Plan kanalizujący "B.O.B.". Nie ma wątpliwości, że nic tu nie będzie zbyt egzotyczne dla białego słuchacza indie, otwarcie artystki na rozmaite style doprowadza do homogenicznego efektu. I między innymi ta zrozumiałość może przeszkadzać albumowi w osiągnięciu wielkości. Wszystko jest tak łatwostrawne, że nie ma mowy o żadnej transcendencji. Jakość samych piosenek rozpięta jest na skali "fajna" do "bardzo, bardzo fajna", kiedy płyta próbuje w pełni zachwycić. I tak zalecam poznać. Podobno Janelle ma też imidż.

Krzysztof Michalak     Magda Janicka     Łukasz Konatowicz     Filip Kekusz    
25 maja 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie