RECENZJE

Jamiroquai
Automaton

2017, Virgin EMI 6.4

Czy ja muszę (mogę) mówić o Jasonie i ekipie coś więcej, niż było do tej pory powiedziane? Mamy tutaj do czynienia z formacją, której z zasady udawało się wbijać na wszelkiego rodzaju singlowe chartsy i topy za pomocą swojego dopieszczonego soulowo-funkującego stylu. Skutecznie tkwili w jasnym muzycznym centrum lat 90., będąc spadkobiercami i kontynuatorami spuścizny nieco zakurzonych już chicsopodobnych tworów, nie uciekając jednocześnie od kłopotliwego dla żywiołowego tańca ciężaru stosowania improwizowanych acid-jazzowych ewolucji. Dorzućmy do tego sporą ilość singli, w swej doskonałości zgarniających nawet wśród malkontentów noty podskubujące co nieco z tych przeznaczonych dla absolutu... Tak więc recenzenckie biograficzne bzdury i to, dlaczego w ogóle mamy się nimi zajmować, możemy sobie darować. Tych bardziej nadgorliwych odsyłam do tekstów jednego z zaprzyjaźnionych portali, resztę proszę zaś, aby sobie nowego Jamiro odpaliła na platformie czy z kompaktu, ale to drugie dla tych, co chcą się poczuć jak za starych dobrych lat.

Zacznijmy od początku, mała retrospekcja. Widzisz w newsach Automaton, nie słyszysz Automaton, bo jeszcze nie wyszedł, i wiesz, ja wiem, po prostu wewnętrznie kumam, że te futurystyczne, fluorescencyjne zapędy pobrzmiewają żałosnym bagażem zgubnego dążenia do dorównania współczesnym trendom. W sumie kwestia sporna, ale bycie swego czasu kimś wielkim nie powinno być przyczynkiem do bezrefleksyjnego i nabożnego szacunku oraz ostrożności w ferowaniu wyroków na temat ponownej próby rynkowej dominacji – damn! Jestem niecierpliwym grzesznikiem, wyznaje, ale ten banał to też większej kategorii. Odcinanie starych kuponów i związane z tym wałkowanie siłą rozpędu starych muzycznych przyzwyczajeń przez ludzi, którymi zamiast muzykologów powinni zajmować się archeologowie brzmi źle, nawet paskudnie, niehumanitarnie; ale słonko, istnieją gorszę rzeczy – chińska tortura, wściekłe szczury O'Briena, wzmożona deflacja, niespodziewane zakopanie żywcem albo desperacka próba stania tam, gdzie w luźnym szyku stoją młodzi debiutanci.

Tak, a więc nie ma to jak wyładować pełen arsenał w stronę "bezwartościowych" emerytów, którzy wystrzelali się z tego, co mieli w sobie najbardziej witalnego, gdy sami pewną ręką rozdawali na rynku karty – niezbyt to przyjemne, takie słowne kopanie w podbrzusze połączone z serią wulgaryzmów. Oczywiście istnieje tu jasna kontra, naturalnie są jaskrawe, godne przemożnego szacunku anomalie, jak Bowie, jak Shields, jak tysiące innych klasyków, a to tylko wierzchołek całej tej góry napawającej nadzieją. A jak to jest z Jamiro? Gdzie rzuciło go po tylu latach naznaczonych piętnem ostrego ćpańska i wirem niekończących się imprez? Czy Automaton to spóźniony kryzys wieku średniego, z przymusu wieńczący się kuriozalnym, parującym kasztanem, którego powstanie dyktowane było udowodnieniem młodym, że pomimo radykalnie zmieniających się warunków środowiskowych wciąż można być cool? Czy Jamiroquai to stetryczały artefakt przeszłości żenująco wbijający się na kwadrat przez drzwi albo oknem – bo starzy w końcu wyjechali na Majorkę – podskubujący z rubasznym uśmiechem tyłki ewakuujących się do wyjścia zdegustowanych licealistek?

Pierwszy strzał, pierwszy ruch i stoimy na (nie)pewnym gruncie, gdy "Shake It On" przejmuje kontrolę nad ciałem, skreślając pierwszy i najważniejszy punkt podjętej konwencji. Ta płyta w swojej formie, z małymi wyjątkami, to przede wszystkim eskapistyczna taneczna zajawka niepozbawiona swoich gorzkich momentów – poważniejszych tematów przyjmujących wyraz troski o wątłą kondycję współczesnego człowieka beznadziejnie zagubionego w surowym społeczeństwie informacyjnym – dawkowanymi w taki naprawdę niewymuszony i subtelny sposób. Wyszło dobrze, bardzo dobrze, a jeśli przyjrzymy się bliżej nowemu Automatonowi przez pryzmat reprezentowanej tradycji (raczej ich sporemu konglomeratowi), to na swoim tegorocznym poletku – poletku wybuchowej mieszanki tanecznych erotyzujących stylów, lekko już przebrzmiałych – nowy materiał nie powinien mieć sobie równych. Zaskoczenie? Zdarza się, jak najbardziej, zwłaszcza jeśli w swoim przedwczesnym osądzie skupiliśmy się na tych zaznaczonych na starcie, charakterystycznie zmechanizowanych futurystycznych zapędach, które tak mocno w dźwiękowym i znaczeniowym fundamencie powinny gryźć się z tą biologiczną i seksualną siłą po brzegi wypełnioną organiczną instrumentalną podbudową.

Jeżeli spojrzymy poprzez pryzmat dorobku, to na starcie można docenić powiew lekkiej świeżości wtłoczony w starą i doskonale znaną formułę, chociaż tkwiącą pod kłopotliwym oddziaływaniem przesadnej futuryzacji, staje się ona tylko i wyłącznie warstwą wierzchnią, niewchodzącą rewolucyjnie w samą treść – a ta profetyczna kwestia nadchodzącej pełnej automatyzacji, integralnie i z sukcesem, mimo sporego ryzyka, łączy się z tym, co w podjętej estetyce esencjonalne – kolejny pozytywny punkt na rzecz tej płyty. W końcu celem nie była tutaj pełna synteza człowieka z maszyną zgodna z ogólnoświatowymi tendencjami nie tylko muzycznymi – zielone zakończenie zespolenia ze żniwiarzami (jeśli ktoś nerdowsko jeszcze pamięta) – ale krytyczny głos upadającej głębi relacji międzyludzkich oraz ambitna próba przezwyciężenia tego w poszukiwaniu swojej wyidealizowanej organicznej przestrzeni pełnej intymnej, ludzkiej niedoskonałości oraz bezwarunkowego zaufania. Co razem wieńczy się wykuciem naczelnej idei napędzanej i prezentowanej poprzez całe te frykcyjne, bombastyczne ruchy sceniczne niepokornego lidera. Dzieci! Udajemy robota!

Bo przecież po odpaleniu tej płyty wszystko luzuje i wiemy, że ta wyobrażeniowa gra, zapowiadana przez zaniepokojone przewidywania, spala na panewce, a te wszystkie futurystyczne strzały w warstwie muzycznej to tylko zachęcająca do dalszego obcowania z płytą ornamentyka. Te wszystkie autotune'y, syntezatory mowy, dźwiękowe zapisy powzięte z linii produkcyjnych skandynawskich fabryk, motywy zaczerpnięte z mało finezyjnych dystopijnych sci-fi, a także podchodzące pod kontrolowaną i przemyślaną tandetę electro elementy wstrząśnięte-niezmieszane z wszędobylskimi orkiestracjami. Niby w drobnym stopniu determinujące kolejne kawałki, ale nie narzucając się za bardzo... Chyba że wejdziemy w singlowy oraz tytułowy kawałek, którego tematyczne cyfrowe zacięcie z przymusu niemal całościowo przejęte zostaje poprzez martwe instrumentarium, wciąż będąc jednak jednym z najbardziej żywiołowych highlightów płyty, który warto poznać.

Wciąż jednak większość tych zabiegów to tylko tło, w rdzeniu wciąż tkwimy w podobnym stałym punkcie, do którego przyzwyczaił nas Jamiro, co słychać w szczególności w bezpiecznym "Cloud 9" czy też w instrumentalnych popierdoleństwach, jakie dzieją się przy "Vitamin", których do końca z pokorą nie ogarniam... Niejednym słowem: sporo się tu dzieje, a pomimo pięćdziesiątki na karku, Jay w wokalnej ekspresji wypluwa to wszystko z siebie ze spazmatyczną energią dziecka z ADHD poczęstowanego kokainą zmieszaną z Tigerem (to zostanie na przyszłą ewentualną notkę o KNOWER, bo nijak to pasuje do aktualnej wokalnej kondycji wokalisty) w przystępny sposób, wciąż mając w sobie namiastki tej dawnej witalności, zbyt często jednak wspomaganej błękitną viagrą autotune'a, który raczej nie jest wynikiem fizycznej niemocy, z jednej strony psując tę naturalną szczerość i siłę ekspresji, z drugiej – co pozytywne – budując ten pożądany zdehumanizowany klimat.

Nie jest to ideał, bo oprócz głównego podejmowanego tematu nie ma swojego wyróżniającego się specyficznego wyrazu, jakiegoś bardziej niepokornego stylu. To po prostu bardzo dobrze odrobiona lekcja, sformalizowana, bezpieczna, pozbawiona ryzyka czy też zezwierzęconego i żywiołowego szaleństwa na rzecz chłodnej intelektualnej kalkulacji, przemyślanej selekcji materiału, w zautomatyzowanym (heh) procesie odbijając za pomocą sitodruku kolejne popowe piosenkowe wymiatacze, ze-schematyzowane oraz wskrzeszające już dobrze znane formuły. Czy to źle? Skąd tam… Nie, na pewno nie. To prosta, bezpośrednia płyta wypełniająca wzorowo swoją funkcję, nie wychodząc poza nią, trzymając się ustalonych wcześniej ryzów, nie bawiąc się przesadnie w eksperymenty. Nadaje się do posłuchania, do pomyślenia o niej, do sprowadzania chętnych/zdesperowanych dziewczyn na kwadrat, pomimo tego, że te dziwne mroczne momenty w szczególności pod koniec potrafią popsuć nastrój funkującego afrodyzjaku (moja ulubiona część płyty). Jami chce mówić, Jami chce nam coś powiedzieć. Zostaw ten internet, bo ci go zaraz wyłączę, ten ekran, ten telefon, przestań przesadnie myśleć i powróć do najbardziej prymarnych części twojego człowieczeństwa. Ech, znowu patos, przy tak anty-patetycznej płycie, cóż zrobić. Można zrobić coś takiego.

No i podsumowanie: wbrew obawom spotkania się oko w oko z emerytowanym bagażem wyszło to wszystko wyjątkowo znośnie, przyjemnie, a strzelający na starcie bangier za bangierem w mgnieniu oka robi z tego stetryczałego, obleśnego seniora wiodącego samca alfa, dance-comando trwającego melanżu, przed którym zgromadzone knury w pośpiechu kryją matki i córki, wiedząc, że w przeciwieństwie do gróźb stosowanych przez typów nad wyraz lubujących się w cudzych matkach pokroju Darskiego, te akurat mają moc sprawczą – pióropuszowy anioł wykąpie ci matkę ziomek, AUTOMATOOON!!!

Michał Kołaczyk    
16 maja 2017
BIEŻĄCE
Roger WatersIs This The Life We Really Want?
Porter RicksAnguilla Electrica