RECENZJE
Jamie xx

Jamie xx
In Colour

2015, Young Turks 6.4

Czas napisać kilka słów "w przypadku wypadku" Jamiego xx, kolesia parającego się (jak dotąd) głównie obsługą konsolety w The xx, kolesia remiksującego Gila Scotta, ale też na przykład Radiohead czy Adele, wreszcie kolesia, którego samplował Drake w tytułowym numerze na Take Care. Aż tu nagle, zupełnie niepostrzeżenie, zrobiła się afera wokół jego debiutu. Gdybym trochę bardziej śledził wszystkie ruchy wykonane przez Jamiego, to pewnie bym się nie zdziwił, skąd ten hajp, ale że mi się nie chciało, to wyszło inaczej. Bo wiecie, tą płytą zachwycają się (prawie) wszystkie media tu i tam, a nawet tam i tam. Super płyta, taka o mnie i o tobie; taka, która będzie się dostojnie sączyć w modnym klubie i przy której można się zadumać podczas wrzucania fotek na Instagrama, a całkiem możliwe, że "Loud Places" wyląduje w soundtracku najnowszego filmu Sofii Coppoli. "Alternatywna młodzież" słucha takich rzeczy, a pewnie nawet w Trójce będą chwalić, jeśli już nie chwalą. Jak miło.

Jeśli o mnie chodzi, to mogę bez żadnej retorycznej gry i piętrzenia łatwo dostępnego info napisać, że "jestem na tak", ale do zachwytów daleko, co zresztą widać powyżej, gdy spojrzy się na ocenę. Dlaczego akurat takie cyferki znalazły się przy okładce, a nie inne? Cóż, nagrywki Jamiego Smitha nie wydają się specjalnie odkrywcze. Od kilku lat postacie w rodzaju Buriala, Four Teta (który swoja drogą jest współproducentem "SeeSaw") czy Machinedruma przecierały UK-bassowo-future-garage'owo-dubstepowe ścieżki. Weźmy opener "Gosh" − gdzie ja to słyszałem? Na Pink czy Beautiful Rewind? Skojarzeń jest więcej, a rosną wraz ze słuchaniem (pojawia się vibe There Is Love In You). Ale dziś, kiedy wszystko brzmi "trochę jak ktoś tam", to nie jest jakaś straszna ujma. Co bardziej istotne: In Colour, jawi się bardziej stylistyczną quasi-playlistą niż albumem, na co wpływ miało na pewno kompletowanie tracków na przestrzeni kilku lat. Takie czasy.

Wspólnym mianownikiem będzie tu wycofanie, zanurzenie się gdzieś w nocnych ciemnościach i obserwowanie wszystkiego z pewnego dystansu. Stąd łatwo już o figurę "samotności w klubie", którą ewokuje w zasadzie każdy utwór. Nawet wyróżniający się na tle całości, pełen bangerowej krwi melanż "I Know There's Gonna Be (Good Times)" jest trochę nieśmiały i krygujący się. W polskiej podstawówce raczej by nie przeszedł. Lecz właśnie gdy xx porusza się po bardziej tanecznym, "niestatycznym" poletku i nie przesadza w romantyzowaniu, osiąga zadowalające (mnie) efekty (najlepszy w zestawie jest chyba closer, w którym w pełni udaje się wyważyć wszystkie elementy inwentarza, jakim dysponuje Jamie). A skoro kolo jest COOL, to fajnie, bo te beaty też klei fajnie. Na tyle fajnie, że stawiam go wyżej od długiego szeregu przeróżnych nu-indie nudziarstw. Ale jest jeszcze niemal drugie tyle kawałków i tu już nie jest tak kolorowo.

Problem typa, zresztą nie tylko jego, polega na tym, że czasem bardziej skupia się na "klimacie", "atmosferze" czy "nastroju", a jakoś mniej przykłada się do lepienia wkręcających się, nie mówiąc już o obezwładniających, dźwiękowych konstrukcjach. Na przykład w zeszłym roku była taka płytka Music For The Uninvited, przy której In Colour wydaje się trochę dziecinadą czy niegroźną igraszką. Widać to w momentach pozbawionych "klubowego" pierwiastka, tych balladowo-smętnych, kiedy Jamie trochę na siłę próbuje omamić wszystkich swoimi poczciwymi, dźwiękowymi ilustracjami ("Obvs" czy środek "The Rest Is Noise"). Nie łapię też, o co chodzi wszystkim recwriterom mówiącym o zderzających się emocjach, o niewyobrażalnej ilości uczuć rzekomo płynących z każdego utworu. Że niby w "Just Saying" też? Nie mogę przebrnąć przez te do cna pretensjonalne pacnięcia pianina, zanurzone w "mglistych" oparach. Albo "Stranger In A Room" w stylu The xx (koleś tam podstawiony za wokalistkę). Coś wam się pomyliło, koledzy, albo słuchaliśmy dwóch różnych płyt. Ale jeśli miałbym podsumować, to jednak dla mnie okładka nie jest lematem obrazującym uczuciową tudzież psychologiczną konstrukcję Jamiego: uwięzionego w świecie introwertyka, którego z każdej strony bombardują bodźce obecnego, zapierdalającego jak zły, świata. Stąd też Smith to nie żaden natchniony wizjoner post-garage'owych ballad i romansów, a w sumie zwykły chłopaczyna, lubiący układać sample, z których tworzy sobie gdzieś na boku piosenki. Czasem uda mu się zrobić coś fajnego czy świetnego, a czasem nie, i tak bym to zostawił.

Tomasz Skowyra    
9 czerwca 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie