RECENZJE

Jamie Woon
Mirrorwriting

2011, Polydor 6.7

MP: W momencie, w którym myślałem, że już nawet Novika zapomniała o Blake'u, pojawia się Woon. I niech go szlag. Jaar (!!!!), Weeknd (!!!!), wtf? I tak przez najbliższy rok. A tu klops, bo Jamie to troszkę inna bajka.

Po pierwsze, nie ma raczej mowy o szkicach – zdecydowanie pewne piosenki, bardzo mocno zakorzenione w r'n'b i neurotycznym, tudzież heart-break songwritingu. Momentami niepokojąco, momentami kojąco, także do tańca (a jakże) i do różańca. Długie rozkminy w autobusie na trasie Mokotów-Tarchomin gwarantowane. Jak to mówią, na bezrybiu i Woon Eldo (hehe).

Po drugie, O CO CHODZI Z TYM CAŁYM DUBSTEPEM?! Żarty na bok. Bardzo wyraźnie słychać Justina, albo w dość tradycyjnej wersji ("Lady Luck", "Shoulda", "Middle") albo też w nieco gęstszej i ciemniejszej ("Echoes"), co wychodzi płycie na bardzo duży plus. Co więcej, gdzieniegdzie pojawiają się też Junior Boys ("Street" lub inne niewymienione fragmenty), a przez takie właśnie smaczki, jeżeli miałbym wybierać, to dużo prędzej wybrałbym Jamiego niż Jamesa na atłasowego cierpiętnika.

Denerwuje tylko dość wyraźna przepaść między pierwszą a drugą częścią albumu, chociaż może to być spowodowane samym "zesmęceniem" na wysokości indeksu numer 9, więc też argument do obalenia. Lepsze te piosenki, w których autor nie sięga po gitarę, a w ogóle najlepszy chyba "Middle". Bardzo wart polecenia, bardzo solidny szóstkowy album.

KM: Niejeden, gdy pierwszy raz usłyszał "Lady Luck", pomyślał sobie, że tak mógłby brzmieć Timberlake na następnym albumie. Ja natomiast pomyślałem, że byłoby mi bardzo miło, gdyby tak brzmiała cała płytka Woona. "Cry Me A River" to piosenka ze ścisłego topu mojego życia, a cokolwiek czerpiącego z precyzji i bogactwa tej produkcji czy przywołującego jej kruchą melancholię może liczyć na moje uznanie. Jako że Brytyjczyk nawet nie starał się ukryć podobnych fascynacji, z miejsca zaliczyłem go do swoich faworytów, a Mirrorwriting stał się dla mnie pewniakiem, po którym wiedziałem, czego się spodziewać i który nie mógł zawieść moich oczekiwań.

I co? I zdziwienie, początkowo nawet lekki zawód. Bo chociaż Timberlake pobrzmiewa tu i ówdzie, to często zupełnie inna wrażliwość muzyczna. Klarowne aranżacje, oszczędność środków, skupienie, a zamiast trochę teatralnych emocji – subtelny, intymny pamiętnik kolejnego wrażliwca. I jeśli Marian rozprawił się już z post-dubstepową kalką recenzencką nakładaną na ten album, to ja zaapeluję: nie porównujmy Jamiego do Justina. W takim zestawieniu zawsze wypadnie nieśmiało i niezajmująco, tymczasem to sympatyczny gościu, który ma do zaprezentowania całkiem autorski pomysł na wieczorne piosenki. Chociaż łatwo je określić jako smętne, niedopracowane czy wytknąć mielizny songwriterskie, to myślę, że warto dać im szansę w sprzyjających okolicznościach – z każdym przesłuchaniem coraz pewniej odsłaniają swoją urodę.

KFB: (Stefan) Białas bierze się za bary ze spuścizną 90sowego r'n'b, ale nie do końca, bo w swych nieśmiałych próbach chwilami zapuszcza się w trudne do zdefiniowania regiony. Czasami pomaga mu Burial, czasami kto inny, ale Mirrorwriting to w dużej mierze płyta z "muzyką autorską", której inspiracji można by szukać w wielu, na pozór nie pasujących do siebie, miejscach. Timberlake, Blake, r'n'b – spoko, spoko, ale te bardziej "gitarowe" kawałki ewokują przecież ducha "młodszego z nieżyjących" Buckleyów tak mocno, jak tylko potrafią. Jamie nie wychodzi na tym źle, ale brakuje mi tu oczywistych repeatów o większej dozie przebojowości. Duszny, niepokojący klimat introwertycznego songwritingu, choć na krótką metę, to jednak uwodzi. I co, "pieprzyć małe szczęścia jak Janson"? Nie tym razem, bo gra jest warta świeczki i wierzę, że Woonowi nie odwali od tej powszechnej zajawki brytyjskich mediów. Potrzeba nam takich typów.

RG: Recenzencka kalka post-dubstepu podpięta pod Mirrorwriting ma jakieś uzasadnienie jeżeli wyłączymy sobie uszy, a popatrzymy na zdjęcie Woona. Gość zdecydowanie wpisuje się w trend młodych, zdolnych, elektronicznych i jeszcze na dodatek brytyjskich chłopców, którzy ostatnio najczęściej grają właśnie ten gatunek. Blake ze swoją introwertycznością wychodzi nieporadnie z tym tytułem gwiazdy, a Jamie Dwa-Iksy potrzebuje (nudnych) duetów i (nudnych) remiksów. Zostaje Woon, który jest najbardziej ludzki.

Mirrorwriting na tej całej ludzkiej twarzy tylko zyskuje: wytwarza się bardziej intymny i bardziej otwarty na słuchacza nastrój. Woon ostentacyjnie panuje nad sytuacją, przez co mi głupawo pojawiają się skojarzenia z Dullim. Chyba właśnie to ponadgatunkowe trafianie w podobne emocje sprawia, że olewam miejscowe zastoje i zamuły, rozmazuję sobie timberlejkowanie na większe obszary i słucham tej płyty kolejny już tydzień. Jest w tym gościu jakaś charyzma, która zdecydowanie podnosi do góry odbiór i tak już świetnego materiału.

Krzysztof Michalak     Marian Pietrowicz     Kacper Bartosiak     Ryszard Gawroński    
22 kwietnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja