RECENZJE

Jamie Lidell
Multiply

2005, Warp 5.9

Przynajmniej na papierze Jamie Lidell prezentuje się świetnie. Gość lubi w obrębie frazy wiązać funkową względną surowiznę Jamesa Browna z subtelną balladą soul Marvina Gaye'a; przeplatając to, w swoich słabszych chwilach, soulem dla mięczaków białasów (spod znaku Cockera); w lepszych, choć rzadko pasjonujących, korzennym rhythm'n'bluesem z lat 60tych. Digitalną wersję "You Got Me Up" jestem w stanie wyobrazić sobie na Love Below, mimo że bezpośrednią inspiracją mógł być pewnie Otis Redding, w dodatku ten bardziej tradycyjny. Zważywszy, że w tym pulsie pobrzmiewa jeszcze Jamiroquai, następny punkt odniesienia Lidella, krótkiego openera należałoby uznać za album w pigułce i według niego oceniać, czy warto dalej zmagać się z płytką. No, ewentualnie sięgnąć jeszcze po prince'owy singiel "A Little Bit More", dający dobre pojęcie o tym mniej przystępnym, melodycznie niedorobionym obliczu krążka. W sumie nie narzekam, ten cały aspekt retrofunkowy Multiply zdaje się w miarę ok Liczyłem natomiast na coś śmielszego w ramach osławionego flirtu Lidella z nowymi brzmieniami, komputerowo rozmontowanego soulu może, drugiego Mastered By Guy po cichu; i niestety nic z tych rzeczy. Lekki upgrade brzmieniowy – glitchowe podrasowanie soundu, dyskotekowa akceleracja w "When I Come Look Around" i niewiele więcej, na pewno nic czym warto się w jakikolwiek sposób ekscytować.

Reasumując, dla podtrzymania zdrowego samopoczucia, owszem, polecam. Ale wyjadacz pochłaniający setki nowych wydawnictw każdego roku nie odnajdzie na Multiply nic co zmobilizowało by do kolejnych odsłuchów. Rację miało redakcyjne koleżeństwo zarzucając płytce nie dotykanie sedna ani razu. Zbliża się do prawdy "Newme", kończąc ostatecznie na zaledwie "frenetycznej" jeździe, jakich i tak życzyłbym sobie więcej. On a more personal note, czyli szczypta bardzo subiektywnych odczuć na koniec – jako mieszkaniec Kaukazu Jamie nie wypada do końca naturalnie w roli charyzmatycznego, soulowego wokalisty, mimo że na takiego rasowego śpiewaka próbuje się Lidella kreować. Może brakuje tej miękkiej murzyńskiej barwy i wrodzonego vibe'u i w gruncie rzeczy nie ma się czym zajarać. Z drugiej strony wątpliwości te znikają ponoć na gigach.

Michał Zagroba    
15 września 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie