RECENZJE

James McAlister, Bryce Dessner, Sufjan Stevens & Nico Muhly
Planetarium

2017, 4AD 5.0

Halo! Nowy Sufjan, nooowy Sufjan! I wiem, że to trochę tak niesprawiedliwie podciągać cały ten projekt pod jedno nazwisko – ale nie udawajmy, kto z podanej puli osobowej najmocniej nas interesuje i kto z nich wszystkich najwidoczniej mógł odcisnąć swoje przewrażliwione piętno na tym tworzonym kolektywnie materiale. Jednak pierwotna przyczyna tkwiła w innym miejscu, bo to właśnie w rękach i w umyśle Nico Muhly'ego, aranżera i kompozytora, znajdowało się to ambitne ziarno, które za pomocą fetyszyzowanej technologii, mglistej kosmologii oraz starożytnej mitologii miało w końcu wykiełkować w fascynujący nawias, w zasięgu którego odnaleźć miała się ta mistyczna przestrzeń doświadczeń, metafor oraz potęgi kosmicznej pustki z ciałami niebieskimi i intymnymi problemami związkowymi najbliższego układu planetarnego na czele. Do tego wielkiego przedsięwzięcia brakowało tylko równie wielkich nazwisk, które po serii krótkich spotkań datowanych na 2011 rok, pozostawały wraz z nagranym strzępem materiału w lodówkowej hibernacji – do czasu, aż po zrzuceniu zszarzałego pokutnego worka pełnego pogrzebowych trenów za utraconymi rodzicielami, na ponowne wezwanie aranżera, Sufjan wraz z całą tą skaptowaną kompanią muzycznych indywiduów postanowił odpowiedzieć, powracając raz jeszcze do tej maksymalistycznej koncepcji wysnutej przez Nico, by po tych kilku latach archiwalnej odstawki udostępnić ją masom, umiejscawiając ją na wytłoczonym CD-ku.

Z historycznego i chronologicznego punktu widzenia ostatnie było intymne Carrie & Lovell, stojące w jawnej sprzeczności z wcześniej wydanym oraz nieodżałowanym Age Of Adz, które – może wielokrotnie atakowane za totalny bajzel i niepohamowaną nadprodukcje dziwacznych elektronicznych wstawek czyniących z całego tego materiału jeden wielki kuriozalny dźwiękowy burdel – wciąż mocno zanurzone było w takim dzikim, niepoprawnym, niemal dziecinnym i infantylnym optymizmie bezpośrednio udzielającym się słuchaczowi. Intelektualnie oraz sztucznie mogę wprost rzucić, że była to pełna chaosu kompozycyjna katastrofa (można wziąć sobie na dowód przejście z "Now That I'm Older" do "Get Real…", chociaż do wymieniania poszczególnych elementów, z którymi coś jest nie tak, najsensowniej byłoby oddelegować jakiegoś współczesnego pisarsko-gabarytowego Prousta), zaś emocjonalnie, mocno paradoksalnie, to ja chylę czoła, poświęcam kończyny obdzierając kolana, wstydliwie przyznając, że Age w swoim pokrętnym debilizmie spersonifikowanym na okładce i twarzy odbiorcy, momentami rozkładał strzępkami genialności. Bo siła tkwiła tutaj we fragmentach, zajawkach, porozrzucanych po całym materiale motywach, które podejmowane w losowej kolejności dążyły do tego, aby nie wchodząc z sobą w żadną sensowną interakcje, czekały w ukryciu do momentu, w którym wspólnie scalały swoje nadwątlone siły, aby cię porządnie wkurwić, przez łzy i szaleństwo doprowadzając do histerycznej ekstazy, czyniąc z tego zabawnego kuriozum prawie osobisty i mocno wstydliwy Sufjanowy top topów (sorry, ale Illinois to jednak Illnois) – ale to w lwiej częcannot into spaceści przez wiadomą końcówkę.

I właśnie tego od nowego Sufjana oczekiwałem, aby cały ten mglisty świat pozostawiony za spalonym depresją mostem, za stalowymi kratami przemożnej powagi, powrócił w hedonistycznym bajzlu ze swoim słodkim posmakiem chaosu i wenery; dźwiękowej anarchii zapowiadanej trzaskającymi świetlnymi ogniami Elma na powierzchni wykrystalizowanego uczucia adolescencyjnej miłości wtłoczonej w dość abstrakcyjny, niezwykle egzaltowany, niemal żenujący (skupcie się na tych elektronicznych onanizmach na drugim planie) i będący jednocześnie doskonałym w swojej niedoskonałości "Impossible Soul". O tym marzyłem, tego chciałem – śmiałego kontynuatora tego euforycznego, niepoważnego i bezpretensjonalnego dionizyjskiego karnawału – tym razem w kosmosie – pełnego kiczu, kampu, nieskrępowanej zabawy formą i konwencją. Aby nawalony Sufjan z ekipą, w tym nakreślonym duchu za pomocą skradzionych worków saletry podłożonych pod fundament Adzowego brudnego domu uciech, kończąc swoją intonacje głośnym "Boy / Do you wanna dance?" zapałkami zainicjował pełną fajerwerków gwiezdną podróż (Douglas będzie tu idealny); podróż, która w efekcie skończyła się rozbryzgiem i wbiciem tego wszystkiego w sufit przesadnej powagi i bycia zbyt serio z kosmosem – z kosmosem nie można być zbyt serio.

Dobra, ale to wszystko ujęte z perspektywy naszego pana i zbawcy Sufjana. Przecież mamy tutaj do czynienia ze wspólnym projektem, pełnym odmiennych spojrzeń, wrażliwości, zawodowych różnic, inspiracji oraz innych już mniej interesujących rzeczy, a podciągnięcie tego wszystkiego pod własne wyimaginowane oczekiwania, jakby co najmniej było to kolejne pełnoprawne LP uznanego barda, jest wysoce słabe i dość okrężnie mija się z celem. Bierz co masz, bierz tę płytę. A jaka jest? Mamy tutaj potężny przerost poczucia ważności, które o dziwo wbrew naturalnym odruchom, niescalone zostało z przesadnym patosem, z pełnymi orkiestracji, niemal filmowymi zagrywkami czyniącymi z niej coś na kształt nowoczesnej kosmicznej symfonii wszechświata. Wybrana została dużo intymniejsza, zdecydowanie bardziej stonowana muzyczna wypowiedź zanurzana w otchłani przejmujących pop-ambientowych pejzaży, które z perspektywy kilku przesłuchań stają się największą siłą płyty biorąc pod uwagę to, że w sumie gdy konstrukcja kawałków zmierza w dół, plamy ciągną ku górze.

Jednak powracając do tej podejmowanej koncepcyjnej ważności, to kończy się ona stworzeniem wielkiej, sformalizowanej otoczki, która zostaję brutalnie pozbawiona w większości przypadków znamion treści, zadowalającego rozbudowania, jakichkolwiek intensywniejszych trwale zapadających w pamięć porywów, które mogłyby już od pierwszego przesłuchania skupić na sobie zachwyt i uwagę słuchacza – z wyłączeniem momentów podobnych do niemal blisko zerowego "Saturna", któremu podjęty wcześniej cel połowicznie udaje się wykonać – ale chyba nie o takie momenty komukolwiek, kto wierzył w ten album chodziło (to jest tak odbiegający pod każdym względem od reszty płyty fragment, że ja się pytam, na co to w ogóle istnieje, zwłaszcza gdy w otoczeniu reszty kawałków brzmi jakimś cudem jeszcze gorzej).

A wszystko rozpoczyna się niepozornie skromnym, trochę cudnym, ale też niezwykle generycznym "Neptune", które jest tylko, albo aż, subtelnym, niezwykle klimatycznym wprowadzeniem poprzetykanym orkiestrowymi aranżami nadającymi kierunek całemu przedsięwzięciu, stając się spersonifikowanym Tomem Hanksem/Sufjanem leżącym w przydomowym ogródku kciukiem zakrywającym księżyc (Apollo 13) – mała magiczna chwila napawająca optymizmem, nieśmiało wyznaczająca kierunek przyszłego kosmicznego lotu. O ile początek robi swoje, tworząc może nie kolosalne, ale w intymny sposób poruszające wrażenie, nastrajające na przyszłość, ustanawiające ogólny klimat płyty, to kolejne strzały wykazują się głębinową bezpłciowością niebezpiecznie rzutującą cieniem na całym tym przedsięwzięciu, szantażując słuchacza dość mocnym zmęczeniem, apatią i brakiem sensu w dalszych poprzetykanych vocoderem utworach – płaskim zabiegiem, który mając niby integralnie współgrać z tematyką, nie działa, bo wciśnięty w te, w większości lekkie, efemeryczne kawałki, kontrastowo wybrzmiewa w ciszy skromnych, subtelnych struktur, irytując, dzielnie i dumnie lejąc się z całą resztą kompozycji – brawo, udało się skopać leżącego, nagrody niestety brak.

Całość przyjmuje wyraz szkiców pozbawionych bardziej stabilnej struktury. A jest to tym bardziej bolesne, im bardziej uświadamiamy sobie, co z tego wszystkiego można byłoby stworzyć. Jest taki lekko organiczny, orientalizujący i niezwykle pociągający "Moon" (oczywiście nie w pełni wykorzystany), monumentalny "Earth" ewokujący Kubrickowską Odyseję Kosmiczną, czy też topowy "Mars", który rozpoczynając się fragmentem mogącym być porządną podstawą pod niezły utwór, niepotrzebnie milknie po kilkunastu sekundach, aby zrobić miejsce równie dobremu wejściu w szaleńcze rejony awangardy – o innych pociągających miniaturach takich jak ambientowe zbitki "Black Energy" i "Sun", gdzie o tym drugim przypadku z nieco płaczliwo-nostalgicznym klimatem połączonym z dość wyeksploatowanym, ale wciąż skutecznym rdzeniem zbudowanym na emocjonalnej sile rozmytego pojedynczego klawisza, nie muszę nawet wspominać.

Oprócz tego powyższego, co na plus? Zdecydowanie skromne, nienarzucające się za bardzo orkiestracje oraz produkcyjny, godny uwagi pietyzm. To, co zaś leży, to konstrukcja piosenek, jeśli się już łaskawie pojawią, w szczególności w tych pierwszych minutach inicjujących całą płytę, na przekór kontemplacyjnemu charakterowi całego materiału poraża ich absolutna nijakość. Czy ten album jest zły? Nie, nie można tego powiedzieć. Dogłębnie, górniczo grzebiąc w tych kawałkach wciąż można odnaleźć pozostawione artefakty i zużyty złom geniuszu tkwiący pod powierzchnią, ale powiedzmy sobie szczerze: czy dzisiaj w dobie wypuszczanych na godzinę ton świetnych płyt mamy czas, aby przy pewnego rodzaju nieprzyswajalności materiału, ślęczeć nad nim godzinami odkrywając przy sporym wysiłku interesujące niuanse? Posługując się późno-kapitalistycznym dyskursem, to jakoś mi to wydaje się mocno nieopłacalne – ale co ja tam wiem.

Można by powiedzieć, że Sufjan z ziomkami cannot into space – a ta oczekiwana znaczeniowa eksploracja kosmosu z rangi zimnowojennego wyścigu kosmicznego przeistacza się w ambitne, międzygalaktyczne, podróżnicze zakusy POLSY i jej wielkich i jeszcze bardziej mokrych snów o potędze bycia pierwszym galaktycznym lechickim imperium – marzenia zawsze można mieć, zwłaszcza jeśli są tak niezwykle piękne. Ten album właśnie taki jest, może nieco pokraczny, może w swym rdzeniu z lekka nieodpowiedni i pełny zgrzytów pomiędzy praktyką a ambitnymi zamierzeniami, ale te szkice i plany/plamy potrafią skupić na sobie czułe uczucie kosztownej sympatii.

Michał Kołaczyk    
7 lipca 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie