RECENZJE

James Ferraro
Last American Hero

2010, Olde English Spelling Bee 7.1

Dziś w prawej szpalcie cichy przykład keenanowskiego hipnagogizmu w muzyce rozrywkowej – człowiek, który produkując setki nagrań pod dziesiątkami przydomków posłużył – wespół z grupką poruszających się w podobnej estetyce amatorów szmeru z przeszłości – kontrybutorowi "The Wire" do wypromowania i sklasyfikowania rozmytego dotąd po internecie nurtu, zapewne tylko przypadkiem obficie reprezentowanego w katalogu niewielkiego sklepu z płytami. Tak, założyciel punktu wymiany nagrań na pieniądze i znany krytyk muzyczny to ta sama osoba. Nie mam pojęcia czy zaważy to komuś na ocenie wiarygodności zdolnego skądinąd Davida K., ani czy owa wiarygodność jest tu w tej chwili istotna. Ważne, że sklepik całkiem fajny i nie tylko dlatego, że jest niemalże wyłącznym dystrybutorem wydawnictw Olde English Spelling Bee w Europie. A recki Keenana też całkiem dobre – na przykład można się bawić w liczenie ile razy padnie figura opisowa "bombast", tak na marginesie admirowania innych leksykalnych wydarzeń. Prawdę mówiąc zakładam, że cała historia z relacją artykułu "Childhood's end" do pozakrytycznej działalności jego autora nikogo już nie interesuje; głośną jeszcze do niedawna sprawę przytaczam, żeby nanizać siatkę zdarzeń losowych (niektórzy zwykli nazywać to kontekstem) prowadzących nas właśnie do Last American Hero.

Sama stylistyka, jak głosi wspomniany artykuł1 (not really, but damn close), to zjawisko filtrowania wspomnień przez podświadomość bycia świadomym (ugh) "transgresji" (ugh, pt. 2) w mediach, nieco nokturalna zabawa "pamięcią pamięci" pod egidą naukowego terminu. Dla jednych formacja undergroundowa idąca za hipsterskimi trendami swoim dłubaniem w nostalgii, której wektorem są mętne wspomnienia z lat osiemdziesiątych, dla innych świeże pokolenie eskapistów, czy wręcz szerzej pojęty nowy eskapizm – bo zapewne nie tylko utwory na instrumenty mogą być hipnagogiczne. Jeśli uniesiecie teraz wzrok i spojrzycie na sufit, zobaczycie Ariela Pinka retrospektywnie stawiającego pierwszy lobotomiczny krok na mózgowiach Ferraro, Rangers, Ducktails, Pocahaunted, Washed Out, Chazwicka Bundicka i kogo tam jeszcze chcecie. "Ale co? Rangers?" "No, Rangers". Wpływ serii Haunted Graffiti na tegoroczną Suburban Tours jest trochę oczywisty, umówmy się (do kina). "A jaki label wydał Suburban Tours?" "Ten sam co Ferraro!" "Aha fajnie".

Rangers2 sytuuje się właśnie tam, gdzie przebiega linia demarkacyjna pomiędzy hipnagogicznym popem a chillwave'em, której w rodzimym dyskursie krytycznym, jak rozumiem, całkowicie słusznie broni Piotrek Kowalczyk. Im dalej w kierunku tego pierwszego bieguna, tym częściej wdeptujemy w post-noise'owe Bebiko rozsypane przez Jamesa Ferraro. Topograficznie już wiemy gdzie sklep, a gdzie kawiarnia – na północ od dworca. Kasety, magnetowidy, powidoki sonoryzmu i schowanej pod poduszką plądrofonii, pierwsze oznaki zapinania przed ślubem. Młodzieńczy sen o Oliveros na randce z Parmegianim, który chciałby wszystko nagrać kamerą od taty na komunię.

Wyznanie jest: zostań, nie idź. Last American Hero, reedycja niedostępnej taśmy3 z 2008, działa jak powinna, biorąc pod uwagę dobór środków. Hiss nie jest tu statyczny – przewija się, baunsuje po skali, SZUMI w ramach bardzo umownych, a przy tym składnych taktów. Czasem nawet służy za fototapetę lounge'owo-alikwotowym drone'om (czy można już pisać "dronom"? Czy nie pomiesza nam się to z cyberpunkową fikcją jak Nelly Furtado prostytucja z flirtowaniem przy okazji "Promiscuous Girl"?), czasem zatrzymuje się podczas zmiany stanu skupienia, zwiększa objętość, masę, pole grawitacyjne, po czym wychodzi na czoło przed którymi prezentuje się odbiorcy proste, powtarzalne motywy syntezatorowe niczym z jakiegoś [tu wstaw losowo wybrany europejski projekt ambientowo-synthowy o rodowodzie minimalistycznym z przełomu 70s/80s], przepuszczonego, zgodnie z hipotezami Keenana, przez kult rządzonych ferromagnetyzmem nośników przekazu. Do tego repetycje gitarowe, jakieś skeletalne akordy. Stary La Monte przekłada nogę z nogi na nogę.

Olde English Spelling Bee nieoczekiwanie wyrasta nam na jedno z najważniejszych wydawnictw w okolicy początku nowej dekady. Nieoczekiwanie, bo przecież nie z tej strony barykady oczekiwaliśmy strumienia listoworocznych albumów – jesteśmy popowcami i po cichu liczymy na Chaza, ostatnią nadzieję (białych) składnych, nieco naiwnych i targających zastawki mitralne piosenek o dziewczynach, chłopakach i antropologii późnego popołudnia. Cóż, że FX-driven avant teen pop. Prościej już nie będzie. Fukuyama śmieje się muzyce rozrywkowej w twarz, a wszystkie nasze ufności lokujemy w kącie uwikłanym w tangens Ferraro-Bundick. Cieszmy się neuroleptycznymi właściwościami płyt; stymulowany transfer jonów chlorkowych w miniaturowym uniwersum GABA to jedna z lepszych rzeczy, na jakie może liczyć ludzki mózg.


1 Pozwalam sobie na pewne nie zawsze adekwatne uproszczenia, bo jest wiosna.

2 Paralelnie zbieżność Rangers z Ferraro wychwycił nieodżałowany Łukasz Łachecki. Oto jego rozbudowana wypowiedź na ten temat, z maja 2010: "Radioaktywność – kategoria przewijająca się w tym roku od płyty Rangers, pasuje tu jak ulał. Dla przykładu – pierwszy, najdłuższy utwór to 'Station To Station' z zakłóconą motoryką, które mogłyby nagrać gotyckie dzieciaki z South Park. Są tu niemal wszystkie składowe, które decydują o zajebistości tego albumiku: (dead flag) bluesująca gitara, pochód basu, urywane bez ładu i składu motywy, zapętlające się kilkukrotnie. Tam przyspieszy niezauważalnie beat, ukryty gdzieś w trzecim planie, tutaj wybrzmi bardziej przesterowana gitara. Niecałe pół godziny w trzech utworach, wszystko narasta karykaturalnie, jeśli słuchaniu albumu towarzyszy przegląd graficznych wybryków kolesia (a przez "graficzny wybryk" rozumiem również jego zdjęcia). Ostatnio przez narcyzm przejrzałem kilka swoich starych tekstów i chyba drastycznie nie zmieniłbym żadnej z ocen. Z Last American Hero jest ryzyko - obawiam się, że to jedna z najcięższych w ocenie płyt ostatnimi czasy, i mając świadomość, że za pół roku pierwsze zauroczenie może radykalnie spaść (do 5.0), rozwinąć się (do ósemkowych sytuacji), daję tyle a tyle, bo niby można ugryźć węża pustynnego w dupę, tylko po co?"

Rodzi się pytanie: skoro wychowani na Disneyu i seriach studia Hanna-Barbera robią takie rzeczy, to co wymyśli za pięć-dziesięć lat southparkowe pokolenie Łukasza? Jeszcze zatęsknimy za nieskomplikowaną dekadą revivali, ostrzegam. Hannah Montana już się o to postara.

3 Kasety, jako konstytutywny dla stylistyki nośnik, zapewne celowo homogenizują naturę odbiorcy. Ale od czego mamy nieco większe wytwórnie i ripowanie do mp3! NIEŹLE NIE???

Mateusz Jędras    
14 maja 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja