RECENZJE

James Blake
Overgrown

2013, Republic 8.0

Lubię płyty-szkicowniki – pełne nie do końca rozwiniętych pomysłów i porozrywanych motywów; lekkie swoim brakiem szlifów. Lubię utwory niedopowiedziane, zmuszające mnie do ciągłego powrotu i wypełniania ich wciąż nową treścią; stające się swego rodzaju natręctwem. Właśnie taką płytą był debiut Blake'a – do dziś słucham go z przyjemnością i bez przesytu. Z pewnym niepokojem zapoznawałem się zatem z Overgrown, na każdym kroku przekonując się, że mam do czynienia z płytą znacznie bardziej dopracowaną i przemyślaną i że paradoksalnie nie wzbudza to mojego entuzjazmu. Surowość palety używanej przez Blake'a, jak również nieprzewidywalność wybieranych przez niego rozwiązań są jednak wciąż na swoim miejscu i wystarczają z nawiązką, żeby uczynić Overgrown zajebistą płytą. Czy równie żywotną, zobaczymy. Możecie mówić o kolędach ile chcecie, ale sofomor Blake'a zabiera w miejsca równie ciekawe, o ile nie ciekawsze, co reszta jego dorobku.

Zaryzykowałbym tezę, że wypracowanie swojego własnego, idiosynkratycznego języka jest do pewnego stopnia pragnieniem każdego artysty. Wśród producentów szeroko pojętej elektroniki jako ci, którym w ostatnich latach udało się tego dokonać w najpełniejszym stopniu, na myśl przychodzą mi przede wszystkim Burial i właśnie Blake. Zmiany, przez które przeszedł ten drugi być może są bardziej wyraziste, ale na Overgrown bez trudu da się wyczuć ten sam pierwiastek, który obecny był już na The Bells Sketch (zresztą tytułowy track z tamtej EP-ki w zasadzie bez większych zgrzytów odnalazłby się na nowej płycie).

Mimo wszystko sporo prawdy jest też w tym, że na Overgrown unikalny język Brytyjczyka jest widoczny mniej niż kiedykolwiek, zwalniając miejsca do tej pory mało czytelnym inspiracjom i nawiązaniom. Słuchając wyjętego wprost z połamanego R&B początków ubiegłej dekady bitu na starcie "Life Around Here" czy actressowego techno w "Voyeur" myślałem sobie, że to chyba pierwszy raz, gdy muzyka Blake'a kojarzy mi się z czymś poza samą sobą.

Wszystko to zostaje jednak przefiltrowane przez charakterystyczny warsztat Blake'a i jego ulubione triki. I tak "Voyeur", mimo że kończy się zdecydowanie w stylu Darrena Cunninghama (wyłączając wszechobecną na Overgrown syrenę), zaczyna swój żywot jako delikatna ballada bardziej przypominająca "The Wilhelm Scream". Z kolei "Life Around Here" po niedługim czasie, gdy Blake wyrzuca z siebie "We're at square one", zastyga na moment w przyprawiającym o ciarki bezruchu i powraca ślicznym akordem. Taktowane spokojniejszym już hi-hatem powoli pokrywa się pogłosem i analogowym szumem, zmierzając do nadchodzącej w połowie kulminacji opartej na ostrej, brudnej partii syntezatora przywołującej to, co działo się w "I've Never Learnt To Share". Warto zauważyć, że na Overgrown Brytyjczyk stara się nie nadużywać linearnych, narastających kompozycji, bo choć jest ich tu sporo, wydają się być bardziej logiczne, lepiej wtopione w strukturę całości niż wcześniej.

Intrygująco wypada występ RZA w "Take a Fall For Me" – do której to współpracy, dodajmy, podchodziłem jak pies do jeża. Co prawda łącznik między tą dwójką w postaci chipmunk soulu nie wydawał się zupełnie od rzeczy, nawet jeśli Blake swoją produkcję zaczerpnął raczej z continuum niż zza oceanu, ale rapowany featuring szefa Wu-Tang zapowiadał się co najmniej dziwnie. Po kilku przesłuchaniach ta współpraca nabiera jednak sensu – RZA na świetnym bicie kładzie zwrotkę może i niezbyt skomplikowaną, ale idealnie dopasowującą się do nastroju całości. Jak już zauważono, zabawnie wypada fakt, że, biorąc pod uwagę narodowość Blake'a, Bobby Digital stwierdził, że funty określał będzie jako "quid" i wspomni o "fish&chips" i stoucie jako niezbędnych składnikach kolacji ze świecami. Naprawdę zabawnie rezonuje to jednak dopiero z komentarzem samego Brytyjczyka o tym, jak podczas jego pierwszego pobytu u Briana Eno tematem, który zajmował ich przez dłuższą chwilę, była kolekcja herbat tego drugiego.

Momentów godnych zapamiętania jest na Overgrown bez liku. Tytułowy track zamyka potężna koda łącząca niski bas ze świdrującym dronem i talerzami zlewającymi się w fale białego szumu. O "Retrograde" napisano już sporo, ale trzeba powtórzyć, że to świetna piosenka, być może najlepsza w repertuarze Brytyjczyka. Następujące po nim i niedorównujące, niestety, coverowi Joni Mitchell fortepianowe "Dlm" stanowi mimo wszystko przyjemny przerywnik wprowadzający do deszczu werbli w motorycznym "Digital Lion". "I Am Sold", "To The Last" i zamykające album "Our Love Comes Back" dopełniają dość ponurego i ciężkiego klimatu całej płyty. Nie mam ochoty bawić się w analizę stanów emocjonalnych Jamesa Blake'a, ale wystarczy, że przytoczę urocze zdanie, które przewinęło się na którymś z blogów: "This is sexy R&B for people with serious social anxiety". Można to kupić, bądź nie, w zależności od tego, o czym donoszą amerykańscy naukowcy, jak szybko usuwana jest z waszego mózgu dopamina.

Co ciekawe, najbardziej niesamowity kawałek na Overgrown przychodzi jako bonus track, i to niestety tylko w wersji iTunes Deluxe. Do pewnego stopnia taka decyzja jest zrozumiała – "Our Love Comes Back" to uroczy, nastrojowy closer. Ale dopiero odcięte od całej reszty "Every Day I Ran", quasi-ambientowe monstrum podbite zanurzonym w morzy pogłosu clapem i koncentrujące się wokół zwolnionego sampla z "Royal Flush" sprawia, że odruchowo wciska się przycisk repeatu. Trudno tu znaleźć odpowiednie określenia, ale "brzmi jak z innej planety" chyba zbliża się do sedna sprawy.

Blake znów jest na rozstaju dróg i pewnie tak pozostanie. Schizofreniczny rozdźwięk pomiedzy CMYK a coverem Feist, dający się boleśnie odczuć przy okazji premier Love What Happened Here i Enough Thunder nie jest już jednak kategorią adekwatną do opisu tego, co usłyszeć można na Overgrown. Co innego w przypadku dyskusji okołomuzycznej – biorąc pod uwagę wydanie samego albumu i mdlący teledysk do tytułowego kawałka wypuszczony jakiś czas temu, nie jest ciężko zgadnąć, po której stronie tej dychotomii chętniej widziałby Blake'a Universal i można zastanawiać się, do jakiego stopnia Brytyjczyk czuje się z tym komfortowo. Wracając do meritum - choć na papierze można patrzeć na Overgrown pod kątem płaczliwości "I Am Sold" rekompensowanej przez puls "Digital Lion", całość odsłuchu zadaje kłam takiej perspektywie. Tym, co wprowadza Overgrown jest pewna nowa, spójna jakość, sugerująca jednocześnie wiele ścieżek, którymi Blake może podążyć. I, tak jak w przypadku Buriala, nie mogę się doczekać, by zobaczyć którą wybierze i czy w ogóle to zrobi.

Marcin Sonnenberg    
15 kwietnia 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja